Kirgistan: wyprawa motocyklowa, która przypomniała mi dlaczego to wszystko ma sens. Motul Azja Tour

Motul Azja Tour 2021. Wyprawa motocyklowa do Kirgistanu. Nasza relacja

W skrócie
  • Kirgistan to jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi. Niesamowite krajobrazy sprawiają, że możesz poczuć się jak w USA, Boliwii, Gruzji, Rumunii, Nowej Zelandii i całej masie innych egzotycznych miejsc, a wszystko to na przestrzeni zaledwie kilkuset kilometrów.
  • W trakcie wyprawy Motul Azja Tour powstał niesamowity film. Link do filmu znajdziesz w tym artykule!
  • W tym artykule przeczytasz naszą relację z naszej motocyklowej podróży po Kirgistanie
  • Do Kirgistanu pojechaliśmy razem z Motul Polska w ramach projektu Motul Azja Tour, a więc konkursu, w którym można było wygrać niesamowitą podróż życia!
  • Więcej niesamowitych relacji, zdjęć, filmów oraz informacji ze świata motocykli i testów motocyklowych znajdziesz na naszej stronie, jednoslad.pl!

Kirgistan to jedna z moich największych podróżniczych niespodzianek. To kraj kontrastów i zaskakujących zmian krajobrazu. Raz czujesz się jak w Arizonie, a za zakrętem czekają na Ciebie zielenie przypominające tajemniczy Maramuresz. Z drugiej strony są tam góry wysokie, niesamowite przełęcze górskie, malownicze trasy szutrowe i miejsca, w których po prostu będziesz miał ochotę usiąść i nie robić nic.

Czasami naprawdę zastawiam się czy ruch, który zrobiłem lata temu był słuszny. Łączenie pracy z pasją wydaje się wspaniałe, piękne i w jakiś sposób docelowe. Pewnie tak jest w baśniach i opowiadaniach tipsiastych ciotek na imieninach u wąsiatych wujków. W rzeczywistości w takich połączeniach odnajduje więcej odcieni szarości niż samej bieli. Można oczywiście podejść do tego w sposób prosty i powiedzieć: "a tam, gadasz głupoty, chodź do mnie do fabryki to zobaczysz". Pewnie, że tak. Jest jedno, zasadnicze "ale". Kończysz pracę w piątek, wsiadasz na motocykl i masz weekend. Odpoczywasz. U mnie wygląda to trochę inaczej, to skomplikowane. Kocham to, ale rzadko kiedy na motocyklu nie jestem w pracy.

Ekipa Motul Azja Tour 2021
Ekipa Motul Azja Tour 2021

Dlaczego ja o tym? To proste. Pojechałem na wyjazd motocyklowy, podczas którego przypomniałem sobie dlaczego tak bardzo lubię jeździć na motocyklach i przede wszystkim jadąc na motocyklu naładowałem baterię, które normalnie rozładowuje jeżdżeniem. Okazuje się, że można!

Dziękuję.

REKLAMA

Zontes U1 125: Poczuj wszechstronność i moc

Poznaj nowy Zontes U1 125 z najbogatszym wyposażeniem w klasie. Odkryj moc systemu oświetlenia full LED. Poczuj osiągi silnika 14.6 KM. Doceń niesamowitą wszechstronność. Przyjrzyj się z bliska każdemu detalowi.


Motul Azja Tour. Droga do gwiazd

Już wcześniej słyszałem o konkursie, w którym można wygrać wyjazd, gdzieś w świat. Laureaci pierwszej edycji pojechali do RPA, drugiej do USA. Na tegorocznych laureatów konkursu miała czekać podróż życia, wyjazd do Kirgistanu. Obserwowałem bacznie podróże z pierwszych dwóch edycji i bardzo się cieszyłem, że mogę wziąć udział w kolejnej - tym bardziej, że mieliśmy jechać do Kirgistanu, jednego z tych krajów, który szczególnie chciałem odwiedzić.
Wyprawa motocyklowa: Motul Azja Tour. Kirgistan
Zanim jednak jeszcze zacznę o podróży, tytułem wstępu oraz wyjaśnienia chciałbym napisać jeszcze jedną rzecz. W trakcie wyjazdu nie robiłem specjalnych notatek, nie wysyłałem do redakcji relacji po każdym dniu, to pewnie sprawi, że pomylą mi się dni lub niezbyt dokładnie określę dystans jaki przejechaliśmy. Nie ma to jednak dla mnie większego znaczenia. Dla mnie najważniejsze są emocje i wspomnienia - tym właśnie chciałbym się z Wami podzielić. Z drugiej strony wiem, że część z Was trafi na ten artykuł przygotowując się do swojej kirgiskiej wyprawy. Spokojnie, chociaż nie mam pamięci do miejscówek, bo nigdy do tego nie przywiązuję większej wagi, to gdzieś na mejlu mam przesłaną przez organizatora przed wyjazdem mapę naszej podróży - będzie dobrze.

Biszkek. Jeszcze tylko na bazar Osz...

Do Kirgistanu polecieliśmy oczywiście samolotem. Z grupą spotkałem się i poznałem na lotnisku w Warszawie. Tak naprawdę ekipa Motula miała okazję już wcześniej poznać się z laureatami konkursu. Ja niejako dołączyłem do ekipy na ostatnią chwilę. Na szczęście czekał nas długi lot z przesiadką w Stambule, więc czasu na poznanie się było co nie miara. W końcu dolecieliśmy na miejsce. Na lotnisku w Biszkeku czekał na nas przewodnik oraz bus, którym wraz z bagażami zabrał nas do hotelu. Czekała nas noc w klimatyzowanym pokoju - to dobrze. Upał był nie do wytrzymania, tym bardziej, że jeszcze nie byliśmy przyzwyczajeni do tak wysokich temperatur. Szczęśliwie dla nas wszystkich pierwszego dnia nie mieliśmy zaplanowanych żadnych atrakcji. Mogliśmy się skupić na odbiorze motocykli, poznaniu ich, bezstresowym przepakowaniu bagażu oraz na zakupach na pobliskim bazarze Osz.

Wyprawa motocyklowa: Motul Azja Tour. Kirgistan
 Jeden z laureatów konkursu, Bartek zagiął mnie na miejscu tak, że nie byłem przez dłuższy czas wydusić ani jednego słowa z gęby. Przyleciał do Biszkeku ze swoją, specjalnie obniżoną kanapą do DR-ki. To zadziwiające jak wiele może zmienić wysokość kanapy w takim motocyklu jak Suzuki DR 650. Dzięki zmianie kanapy, Bartek nie tylko mógł się poczuć pewniej, ale z każdym dniem zaskakiwał coraz bardziej swoją zwinnością na motocyklu. Szacunek!

Po odbiorze motocykli wyruszyliśmy na wcześniej wspomniany Bazar Osz. Tam kupiliśmy wszystko czego zapomnieliśmy wziąć z domu. Wyposażyliśmy się w kwas chlebowy oraz całą masę rzeczy, która sprawiła że w drodze powrotnej bardzo nerwowo spoglądaliśmy na wagę bagażu. Zanim jeszcze wybraliśmy się na kolację sparowaliśmy nasze interkomy - dzięki temu mogliśmy później ze sobą rozmawiać, ale i dzięki temu oszczędziliśmy bólu jednemu z naszych (o tym już zachwilę). Koniec końców byliśmy gotowi. Mogliśmy rzucić się w wir podróży!

No to w drogę!

W końcu opuściliśmy Biszkek. Nie powiem, że jazda przez stolicę azjatyckiego kraju miała być ogromną przyjemnością, ale nie ma co marudzić - jeździłem w zdecydowanie trudniejszych warunkach miejskich. To co zdziwiło mnie to od razu, to totalny brak motocykli. Z naszymi DR-kami czuliśmy się jak przybysze z innej planety. Ludzie robili nam zdjęcia, z ciekawością przyglądali się nam i przede wszystkim uśmiechali - niesamowity klimat!

Z zachwytów nad urokami Kirgistanu co chwilę wyrywali nas kierowcy samochodów. W Kirgistanie jest spokojniej niż np. w Indonezji czy Wietnamie jednak nadal na drodze panuje "wolna amerykanka" i na każdym kroku trzeba się mieć na baczności. Tutaj nawet nie chodzi o to, że kierowcy łamią przepisy, bo do tego można się przyzwyczaić. Bardziej niebezpieczną sprawą jest fakt, że z uporem maniaka chcieli się przed nami popisać, a to jest najgorsze co może być. W końcu opuszczamy Biszkek. Prujemy w kierunku ogromnego jeziora Issyk-Kul, które jest celem naszej podróży. Miejscowości położone w otoczeniu jeziora są oczywiście kurortami, chociaż to słowo w Kirgistanie ma trochę inne znaczenie. Z jednej strony na wakacje przyjeżdżają tam najbogatsi Kirgizi, z drugiej nie widać tam jakość szczególnie bogactwa- przynajmniej z europejskiego punktu widzenia. Nie jest to rumuńska Konstanca czy nawet nasze rodzime Mielno. Pamiętajmy, że Kirgistan jest krajem ubogim i dla wielu jego mieszkańców wizyta nad tym jeziorem jest po prostu spełnieniem marzeń. Z drugiej strony o Kirgistanie nie mogę powiedzieć, że jest to kraj trzeciego świata. Jest tam biednie, ale porządnie - jak przystało na "stany".

Z asfaltów na szutry

Tak czy inaczej pierwszy dzień spędzamy na asfaltach, ale nieśmiało witamy się z szutrami. W końcu docieramy nad jezioro, które jest tak duże, że wygląda jak morze. Nie należę do osób, które szczególnie rozczulają się nad widokiem wody, ale ośnieżone szczyty gór odbijające się w wodzie, a przy tym czerwonawy odcień skał robi niesamowite wrażenie. Noc spędzamy w pensjonacie nad brzegiem jeziora. Nad ranem ruszamy w góry. Przed wyjazdem przewodnik  Tomek prosi nas o zabranie ze sobą ciepłych ubrań, bo będziemy wjeżdżać na sporą wysokość, a to może oznaczać spotkanie z deszczem czy nawet śniegiem.

Zanim jednak rozpoczęliśmy motocyklową wspinaczkę górską odwiedziliśmy niesamowity kanion Skazka (nieopodal miejscowości Tosor). Jeśli zapytalibyście mnie jak zapamiętałem to miejsce to odpowiedziałbym: Panie, Ameryka! I to dosłownie.

Laureaci konkursu Motul Azja Tour w swoich ubraniach motocyklowych... :D

Niesamowite formacje skalne, wszechobecny czerwony kolor sprawiają, że naprawdę można się zapomnieć i pomyśleć, że jest się w zupełnie innej części świata. Z jednej strony nie musieliśmy jakoś szczególnie dużo spacerować, aby wejść na naprawdę odstrzałowy punkt widokowy, ale z drugiej jestem niemal pewien, że jeśli miałbyś/miałabyś ochotę na dłuższy spacer to nie poczujesz się zawiedziony/a.

W końcu wskakujemy na motocykle i ruszamy w góry. Najpierw miejscowość Barskoon. Przed wjazdem w góry obowiązkowo należy odwiedzić stację paliw i zatankować. Opuszczamy kirgiskie Stany Zjednoczone i wjeżdżamy do Gruzji (również kirgiskiej). Krajobraz staje się zielony, a widoki po raz kolejny tego dnia zapierają dech w piersiach. Wspinamy się po szutrowych serpentynach. Robi się coraz chłodniej, aż w końcu jest zimno. Zakładamy na siebie wszystko co mamy - jesteśmy na prawie 4 tys. m n.p.m! W sumie zanim zobaczyliśmy olbrzymi znak informujący o wysokości, to czuliśmy oznaki mniejszej ilości tlenu. Nie tylko oddychało się cieżej, ale przede wszystkim jechało, motocykle traciły mocy. Pełne odkręcenie manetki gazu kończyło się zalewaniem silników. Musieliśmy umiejętnie operować manetką gazu oraz biegami. Jeśli nigdy tego nie przeżyłeś, to warto spróbować. Niezwykłe przeżycie. Po raz kolejny tego dnia krajobraz zmienił się całkowicie. Zielone łąki, pastwiska i góry zmieniły się w krajobraz księżycowy. Równie piękny, ale niesamowicie surowy.

Wyprawa motocyklowa: Motul Azja Tour. Kirgistan

W pewnym momencie przewodnik poprosił nas o spojrzenie przed siebie. na horyzoncie widać było olbrzymie pasmo górskie - to Chiny! Byłem zaskoczony. Nie zdawałem sobie sprawy, że jesteśmy tak blisko chińskiej granicy. W końcu otępiali brakiem tlenu wskakujemy na konie i gnamy przed siebie. Przed nami, tego dnia jeszcze grubo ponad 200 kilometrów szutrów w krajobrazie wysokogórskim. Będzie co robić! Zjeżdżamy z przełęczy i pokonujemy malowniczy bród. Tutaj znowu stajemy na chwilę, aby zrobić sobie zdjęcia. Tak mi dobrze idzie jeżdżenie przez rzeki, że dla dobrych ujęć muszę to zrobić kilka, jeśli nie kilkanaście razy. Jestem cały mokry, ale szczęśliwy. Nadal jest zimno, ale moje tętno jest na tyle wysokie, że nie marznę jakoś szczególnie.

Uciekamy przed burzą

W końcu ruszamy dalej. Historia byłaby nudna, gdyby nie fakt, że nasza droga skręcała coraz bardziej w stronę chmur burzowych. Cóż, duża wysokość, burza, średnio doświadczona ekipa. Co może pójść nie tak? Na szczęście nie musieliśmy tego sprawdzać. Zwołaliśmy obrady.  Decyzja mogła być tylko jedna: wracamy przez przełęcz do jeziora Issyk Kul w nadziei, że uciekniemy przed burzą. Po raz kolejny rozpoczęliśmy wspinaczkę pod górę. Motocykle dusiły się i krztusiły. Znowu przejechaliśmy przez rzekę i znowu znaleźliśmy się na przełęczy. Przez to skakanie przez rzekę byłem cały mokry. Teraz naprawdę zrobiło się zimno. Część ekipy miała jeszcze w plecakach jakieś dodatkowe ubrania. Oznaczało to postój. Burza z każdą sekundą była coraz bliżej a ekipa rozciągnęła się na kilka kilometrów.
Zostałem z tyłu z Januszem, laureatem konkursu, któremu ubranie zajęło dłuższą chwilę. W końcu zaczęliśmy gonić. Zimny pęd powietrza wystudził moje mokre dłonie naprawdę mocno. Na szczęście Janusz nie ociągał się na motocyklu i dosyć szybko jechaliśmy przez góry. Na tyle szybko, że powoli robiło się cieplej. Mój pech albo raczej roztargnienie było takie, że nie zmieniłem przeciwsłonecznych okularów korekcyjnych na zwykłe. Na nosie miałem okulary przeciwsłoneczne, a w kasku zamontowany... ciemny wizjer. Kiedy zrobiło się zimno i zaczęło padać, a my musieliśmy jechać szybko przez góry nie widziałem kompletnie nic. Podwójne przyciemnienie nie było najlepszym pomysłem...

Dlaczego warto mieć w podróży interkom?

Wkrótce znowu wyszło słońce i zrobiło się ciepło. Znowu okulary przeciwsłoneczne stały się moim się przyjacielem, a my powoli wracaliśmy do bazy. Na kilkanaście kilometrów przed hotelem nasz przewodnik zapytał czy chcemy więcej. Wiadomo! Zjechaliśmy zatem znowu na szuter. Technicznie trochę trudniejszy. Nadrobiliśmy przez to około 100 kilometrów, ale widoki były tego warte. W pewnym momencie w interkomie usłyszeliśmy: "Chłopaki, leżę. Nic się nie stało, ale nie mogę się wygramolić spod motocykla. Pomoże ktoś?". W takich momentach dziękujesz wszystkim bodźcom świata, że sprawiły, że w podróż każdy z nas wyruszył z interkomem w kasku. Przewrócił się zamykający grupę Konrad. Gdyby nie interkom, leżałby tam tak długo, aż w końcu byśmy się zorientowali, że coś jest nie tak. Oto dowód, że interkom w kasku to nie tylko fanaberia, ale dosyć istotny punkt dla bezpieczeństwa wszystkich.

Kolejnego dnia po raz kolejny pruliśmy przez stany, chociaż nie amerykańskie, a poradzieckie, to krajobraz przypominał ten amerykański. Arizona? Coś w ten deseń. Dojechaliśmy do miejscowości Koczkor - tam ze smakiem wszamaliśmy obiad - skosztowaliśmy przepysznej baraniny, naładowaliśmy baterie i po raz kolejny ruszyliśmy przed siebie. Znowu zmiana krajobrazu.
Tym razem przenosimy się do Rumunii. A może do Nowej Zelandii? Dookoła, po horyzont widzimy góry i pagórki powite intensywną zielenią. Po raz kolejny nie jesteśmy w stanie mówić. Zachwycamy się krajobrazem i po prostu jedziemy biorąc z tego garściami. Tego dnia po raz pierwszy mamy okazję obejrzeć jurtę od środka. Zatrzymujemy się na herbatę i lepioszki. Do tej pory nie jestem pewien czy przydrożna jurta była miejscem typowo komercyjnym, czy po prostu chatką, do której zostaliśmy zaproszeni po rozmowie naszego przewodnika z panem domu. Tak czy inaczej było przesympatycznie.

Jak Kirgistan to jurty!

W końcu zjeżdżamy z głównej trasy i wjeżdżamy w szutrówkę, która ma nas doprowadzić do jeziora Son-Kol. Ciężko opisać mi urok tej trasy nie zahaczając o opisy przyrody znane z "Nad Niemnem". Wiem jednak, że guzik to Was interesuje, dlatego dam sobie spokój. To co jednak najważniejsze, to fakt, że prujemy szutrami położonymi w zielonej dolinie, nad nami unoszą się chmury burzowe, walą pioruny, pada deszcz, świeci słońce, pojawia się tęcza, a to wszystko nad nami. Z podniecenia, aby dać upust emocjom krzyczę do kasku z radości. To jedna z najpiękniejszych chwil jakie przeżyłem na motocyklu.

Żeby tego było mało po raz kolejny zaczynamy się wspinać po szutrowych serpentynach. Wjeżdżamy niemal kilometr wyżej i zatrzymujemy się aby podziwiać niesamowite widoki. To nie koniec. Po raz kolejny wpadamy na przepiękną drogę szutrową, która prowadzi nas do jeziora Son-Kol i miejsca naszego dzisiejszego noclegu, jurt znajdujących się nad samym jeziorem, w niesamowitym otoczeniu gór.

Byłem w wielu miejscach świata, w których ludzie mieszkają na rubieżach cywilizacji, ale miejsce tego noclegu bez cienia wątpliwości trafia do mojego prywatnego TOP3. Klimat był niesamowity, jedzenie pyszne, cisza przejmująca, a gwiazdy aż raziły w oczy. Wspaniałe przeżycie. Zanim jednak poszliśmy spać, staliśmy się atrakcją wśród dzieci, które bardzo chciały przejechać się motocyklem. Już za chwilę nasza ekipa woziła je po pobliskich łąkach. Tej nocy mieliśmy spać na 3 tys. m n.p.m.

Uwaga!

Zanim dojechaliśmy do jeziora Son-Kol jechaliśmy piękną drogą szutrową, w której natrafiliśmy na rowy wymyte przez wodę. W dzień widzieliśmy je z oddali. Jednak, gdybyśmy jechali po zmroku, to nawet nie chcę myśleć co by się mogło wydarzyć...

Co to za wyprawa bez kapcia?

Kolejny dzień miał być dniem odpoczynku. Czekał na nas stosunkowo krótki odcinek asfaltowo-szutrowy do Narynia. Zanim jednak naszym oczom pojawił się asfalt musieliśmy zmierzyć się z dosyć trudnym szlakiem górskim. Strome zjazdy, często nad przepaścią - oczywiście bez zabezpieczeń sprawiały, że każdy myślał nad swoim kolejnych ruchem dwa razy zanim go wykonał. Poza tym kurz. Ten dał się tego dnia we znaki i sprawił, że u celu wyglądaliśmy zdecydowanie jakbyśmy skończyli swoją zmianę w młynie niż przyjechali na motocyklach.

Wyprawa motocyklowa: Motul Azja Tour. Kirgistan

Na każdej wyprawie motocyklowej musi być chociaż jeden kapeć. Tak jest i tym razem. Na szczęście jedzie z nami samochód z zaopatrzeniem, częścią ekipy i mechanikiem. Nie musimy myśleć o zmianie dętki, możemy zająć się rozmowami i wymianą spostrzeżeń o ostatnich dniach. W końcu motocykl stanął na własnych kołach, a my mogliśmy ruszyć dalej. Czekał na nas nocleg w Naryniu i przepyszna kolacja. Wreszcie spróbujemy szaszłyków - tak popularnych w tej części świata.

Czas na prawdziwy offroad

Kolejnego dnia mieliśmy do nawinięcia spory dystans po szutrach. Wyjechaliśmy z Narynia i kierowaliśmy się do Koczkoru. Najpierw odwiedziliśmy lokalną cegielnie, chociaż cegielnia to chyba słowo użyte na wyrost. Rodzina wytwarzała prawdopodobnie na swoje potrzeby cegłę. Co ciekawe, nie musieli wypalać swoich produktów. Wystarczyło, że ich cegły poleżały na słońcu i po dniu były gotowe do użycia. Inną kwestią jest tempo powstawania cegieł. Gospodarz powiedział nam, że aby wytworzyć wymaganą ilość cegły na jeden dom, potrzeba jest aż miesiąca ciężkiej pracy!

Wyprawa motocyklowa: Motul Azja Tour. Kirgistan

Jadąc dalej dojechaliśmy do zbiegu dwóch rzek: Naryń i Mały Naryń. Oj nie chciałbym być w skórze osoby, która na skutek nieszczęśliwego zbiegu wydarzeń wpadłaby do tego kotła! Jednak moją uwagę przykuł odcień mieszających się wód. A w zasadzie różnice w odcieniach. Niesamowity widok!

W trakcie całej wyprawy mieliśmy niezwykłego pogodowego farta. Cały czas towarzyszyły nam chmury burzowe, ale w większości przypadków ocieraliśmy się o nie, albo jechaliśmy przed nimi, albo za nimi. W końcu dojechaliśmy do miejsca, gdzie prawdopodobnie chwile wcześniej padało. Opad doprowadził do osunięcia się sporej warstwy gliny na drogę. W trakcie przejeżdżania jeden z motocykli zapadł się w tym bajorze. Chwilę nam zajęło zanim go wyciągnęliśmy, a było się z czym szarpać. W tym grzęzawisku nie dało się stać, ponieważ od razu zapadały się nogi. Oczywiście zapadłem się tam po kolana i szczerze mówiąc miałem spory problem żeby się stamtąd wydostać. Na szczęście w opuszczeniu tego grajdołka pomogła reszta ekipy.

Motul Azja Tour: z błota do wody

Ostatniego dnia naszych Kirgiskich zmagań nasz przewodnik zabrał nas najtrudniejszy odcinek wyprawy. Bardzo podoba mi się idea prowadzenia motocyklistów przez tereny o przemyślanym stopniu trudności. Na początku czekały na nas łatwe odcinki, na końcu trudne. Dzięki temu każdy miał czas na rozjeżdżenie się, przystosowanie do jazdy w terenie i naukę pokonywania trudności. Ostatni etap prowadził przez góry. Tak naprawdę naszej trasie bliżej było do ścieżki pasterskiej niż pełnoprawnej drogi, chociaż gdyby spojrzeć na to z kirgiskiego punktu widzenia, to może wcale nie jest prawda.

Wyprawa motocyklowa: Motul Azja Tour. Kirgistan

Na trasie leżały dziesiątki luźnych kamieni, piachu i przeszkód, z którymi musieliśmy sobie poradzić. Tak naprawdę żadne ekstremum, ale trzeba było wykazać się rozsądkiem i analitycznym myśleniem w obieraniu ścieżki przejazdu. Poza tym, zwieńczeniem tego etapu był przejazd przez rzekę. Najpierw zjazd ze stromej górki, zakręt i wjazd do brodu. Sama rzeka nie była jakoś bardzo głęboka. W najgłębszym miejscu wody było może po kolana. Natomiast największą przeszkodą były ogromne kamienie, które wytrącały kierownicę z ręki i powodowały całą masę problemów. Jeden z naszych na takim kamieniu przewrócił się i wpadł z motocyklem do wody. Po podniesieniu silnik jeszcze na chwilę odpalił. Jednak po zgaszeniu odpalić ponownie już nie chciał. rzeka napompowała do wydechu i filtra powietrza całą masę wody i wszystko pływało. Rozebraliśmy zatem sprzęt: zdjęliśmy zbiornik, wykręciliśmy świecie, wyjęliśmy filtr, cały dolot. Wszystko wysuszyliśmy i podejmowaliśmy próby odpalenia. Na nic to się zdało. Próbowaliśmy przez dwie godziny. Mieliśmy nawet wrażenie, że woda znalazła się w zbiorniku i stąd problemy z odpaleniem. Niestety. Zmiana zbiornika nie pomogła. W końcu wykorzystaliśmy siłę grawitacji i najpierw siłą rozpędu ludzkich nóg i rąk a potem wykorzystując zjazd z górki odpaliliśmy bestię na pycha. Cóż. Podobno tam gdzie kończy się plan, tam zaczyna się przygoda!

Zobacz nasz film o podróży po Kirgistanie:

 

 

 

 

 

Inne publikacje na ten temat:

1 opinia

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button