Taki motocyklizm nie jest dla mnie. Popełniłem błąd, którego do dzisiaj żałuję – czy ty też tak masz?

Miało być motocyklowo, miało być fajnie, a wyszła klapa

W skrócie
  • Będzie fajnie mówili... będzie fajnie...
  • Czy w grupie motocyklowej jest fajnie?
  • Wolność motocyklowa vs jazda w grupie

12 lat temu, gdy rozpoczynałem swoją przygodę z jednośladami postanowiłem, że motocyklizmu muszę spróbować na każdy sposób. Przysłuchując się starszym kolegom widziałem jednak, że każdy z nich w jednośladach ceni sobie coś innego. Ja również musiałem odnaleźć tę drogę, która da mi maksimum przyjemności i będzie zgodna ze mną. Łatwo nie było.

Do dziś pamiętam pierwsze wyjazdy na motorowerach, gdzie każdy kolejny przejechany kilometr miał wagę co najmniej tysiąca. Każdy kolejny uzyskany kilometr na godzinę więcej do prędkości maksymalnej sprawiał, że ego twoje rozrastało się w niesamowitym tempie i chętnie tylko o tym rozmawiałbyś z kumplami z klasy. Doskonale mnie rozumiecie, bo różnica pomiędzy 68 km/h, a 69 km/h była wtedy co najmniej jak stąd na Księżyc. No i oczywiście z powrotem. Pierwsze kupione rękawice na bazarze we Wrocławiu za niespełna 80 złotych to zachwyt, łezka w oku i przede wszystkim obowiązkowa nocka w nich. Miałem wtedy wrażenie, że Rossi popełnił błąd i nie powinien ścigać się w swoich lśniących Dainese za worek dolarów, a powinien postawić na ProBikery, w których dumnie przemierzałem drogi powiatu na Yamasze TZR 50.

Koleje, coraz to większe motocykle sprawiły, że lokalne drogi stały się niewystarczające, a grono ziomali ze szkolnych ławek szybko się wykruszyło. Człowiek potrzebuje asymilacji, a takie braki szczególnie uwidaczniają się wkraczając w rzeczy, które są dla nas zupełnie nowe. Początkowo myślałem, że samotne przemierzanie kilometrów zza kierownicy motocykla jest bez sensu. Teraz wiem, że byłem głupi i taki wyjazd potrafi dać sporo ukojenia, spokoju, refleksji i wolności, o którą przecież tak walczą motocykliści. Ja jednak chciałam wtedy przynależeć do organizacji i robić rzeczy dokładnie takie, jak ekipa w serialu “Synowie Anarchii”. Nie wiedziałem jednak, że moje skrzydła zostaną podcięte, a ja będę musiał podporządkować się grupie.

Zaznaczę jednak, że nie przynależałem do żadnej formalnej grupy i nie miałem okazji na swoich plecach nosić skórzanej kamizelki z napisem MC. To raczej grono znajomych z okolicznych miejscowości, które liczyło kilkanaście osób. Kilku z nich z różnych, często absurdalnie bezsensownych powodu zakupiło swój jednoślad, ale wtedy liczyły się dla mnie wyjazdy w dużej ekipie, a im nas było więcej, tym było lepiej i ciekawiej. Tak wtedy myślałem. Szybko okazało się jednak, że nie jest tak kolorowo, a jazda przypomina ogromny weselny korowód.

Temu jest za szybko, a temu za wolno. Tamten chciałby pojechać w prawo, a ten w lewo. Ten z kolei się obraził, bo nie prowadzi grupy, a tamten pamięta skrót sprzed 15 lat, który już dawno został zapomniany przez czas. Jeden wykrzykuje na czerwonym świetle, że sporty nie powinny jeździć w jednej grupie z ociekającymi chromami chopperami, bo nie mogą one nadążyć za wyżyłowanymi do granic możliwości jednostkami. Aha, zapomniałbym. Ten, który najgłośniej krzyczał dostał od żony przepustkę na 2 godziny, a tamten marudzi, że wyprawa 70 km w jedną stronę to zdecydowanie za daleko. Doskonale wiecie przecież, że wyjazdy takich nieformalnych stowarzyszeń ograniczają się zazwyczaj do parad weselnych, obchodów dnia ślimaka w pobliskiej wiosce czy festynach z okazji dnia dziecka. Tym oto sposobem, podczas dojazdu do świateł narodziło się już kilka błahych konfliktów, a mnie ogarnął motowstręt, czyli nowa choroba polegająca na braku chęci jazdy na moto.

Męczyłem się jeszcze w tego typu wyjazdach przez kilka miesięcy, aż w końcu zrozumiałem, że więcej nie zawsze znaczy lepiej. Szybko okazało się, że przynależność do takiej grupy wiąże się ze sporym narzucaniem pewnych zachowań, wyjazdów, tras i godzin.  Nie jest możliwe pogodzenie tylu różnych charakterów i sprawienie, że każdy uczestnik wyjazdu będzie zadowolony. Pozostało mi odłączyć się od ekipy i postawić na samotne wyjazdy lub zaufać przyjaźniom, które będą w stanie same stworzyć intymną grupę 2, a może 3 czy 4 osób.

Tak też się stało i już po pierwszych spotkaniach, ale przede wszystkim dalszych wyjazdach zrozumiałem, że jeżdżąc na 3 motocykle jest idealnie. Jest wesoło, zawsze można liczyć na kogoś pomoc, ale zniknęły problemy z komunikacją, chęcią prowadzenia grupy, odległością czy narzekaniem na różne rodzaje motocykli. W końcu motocyklizm zaczął sprawiać mi niesamowitą frajdę i zrozumiałem, że to jest taki sposób jazdy, którego zawsze szukałem. W pewnym stopniu żałowałem tej stagnacji, którą wprowadziła u mnie lokalna grupa, gdyż czułem, że pomimo jazdy na motocyklu nadal stoję w miejscu. A gdybym tak te wszystkie wyjazdy zrobił po swojemu, pojechał tam gdzie mam ochotę i z tymi, z którymi chcę. Byłbym na pewno bardziej spełniony motocyklowo, ale może dziś nadal stałbym w punkcie wyjścia przekonany, że ekipy są fajne? Całe szczęście ten etap jest już za mną…

Ciąg dalszy pod materiałem wideo

6 opinii

  1. Ekipa? Nie, dziękuję. Jeden kolega to już wyzwanie, bo trzeba pujść na kompromis. Grupy braci pod jedną flagą zabijają ducha wolności. Sam jestem sobie prezydentem, skarbnikiem, mechanikiem. Szerokości

  2. Hej
    Jest w Twoich słowach wiele prawdy dlatego dwa lata temu założyłem grupę bez tzw ciśnienia 😉 bez rang i innych głupot które psują klimat. Najważniejsza jazda i kto chce i kiedy może. Każdy może proponować trasę, prowadzić, jechać gdzie chce.
    Plusy: poznaliśmy wiele osób zajawionych motocyklowo na jazdę, zabawę, poznawanie miejsc – bez takiej grupy było by to nie możliwe. Ale co lepsze w tej grupie pojawiły się właśnie takie podgrupy osób lubiących z sobą jeździć tak jak piszesz w 2 może 3 motocykle i to jest super. Nie mamy problemów że ktoś chce jechać autostradami a ktoś zupełnie nimi nie chce. Pada hasło, propozycja i zawsze kilka osób jest chętnych do wspólnego spaceru. Tylko nie może to być na zasadach przymusu, rang, wojskowej hierarchii i każdy wtedy chce a nie musi. Oczywiście lubię jeździć sam i z moją muzą przytuloną za plecami. Ale są też chwile jak np jutrzejszy wyjazd do Karpacza że cieszę się jak jedziemy dużą grupą motocyklowych przyjaciół 😉

    Wszystko zależy od tego na jakich Ludzi się trafi bo to oni sprawiają że chce Ci się jeździć bardziej lub wcale

    A i fakt im większa grupa tym więcej różnic ale można to wykorzystać na plus – różnorodność wzbogaca i rozwija

    Pozdrawiam wszystkich pasjonatów jednośladów i Jednoślad.pl
    Edi

  3. Jako żona motocyklisty potwierdzam wypowiedź. Jeździmy kiedy chcemy, gdzie chcemy i na jak dlugo chcemy. Wyjazd o piatej rano na 800 km, przejazd drogami, na których prawie nikt nie jeździ bo nie da się pojechać więcej niż 70 km/h, zupa w termosie, kotlety, kawa świeżo parzona na parkingu leśnym i powrót nocą podlegają tylko naszej organizacji, chęciom i możliwościom.
    Próbowaliśmy organizować przejazdy na kilka motocykli i tak ja pisze autor, jednemu za wcześnie , drugiemu za późno, inny musi mieć zaliczoną knajpę, kolejny fotkę na zamku, jeszcze innemu zakurzą się chromy jeśli będzie znienacka musiał pokonać fragment “nieautostrady”, ten nie lubi zakrętów, tamten ma szybki motor i musi łapać wiatr a nie oglądać krajobrazy, następny nie lubi odludzia i odoczynku na trasie ale kocha “spacery” pokazowe wśród tysięcy motocyklistów i to najchętniej niezbyt daleko od domu, jeszcze inny musi szybko wrócić bo szwagier na grilla przyjdzie.
    Ciężko było każdemu dopasować, zawsze ktoś był obrażony lub niezadowolony. Szybko odpięliśmy się od grupy, jeździmy sami ze sobą i teraz wiemy co to jest motocyklizm i przyjemność.
    Grupy są fajne gdy ludzie potrafią ze sobą współpracować i choć trochę się lubią. Bez tego będzie to grupowa męka zebranych przypadkowo motocyklistów o różnym spojrzeniu na motocyklizm 🙂
    Tak czy siak, pozdrawiam wszystkich motocyklistów i ich plecaczki 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button