Aktualnie czytasz:
Komentarz: Raport NIK i patologia WORD. Niska zdawalność praw jazdy to biznes
24

Dziś NIK opublikował raport punktujący polskie WORDy. Lobbowane zmiany przepisów i utrudnienie egzaminów nie dały żadnych efektów. Jedynie zmniejszono zdawalność, bo ośrodki żyją z poprawek. Jednocześnie za brak uprawnień grożą śmieszne mandaty. W Polsce lepiej jeździć bez prawka?

To pierwszy tak stanowczy raport Najwyższej Izby Kontroli na temat uzyskiwania uprawnień w Polsce. Z wniosków wynika, że lata nowelizacji i zmian służyły jedynie WORDom, stąd tak aktywne lobby tego środowiska w Komisjach Sejmowych. Niemal 70% dochodów tych instytucji pochodzi z opłat za poprawki.

Przedstawione dane nie pozostawiają złudzeń – polski system szkolenia i egzaminowania jest na beznadziejnie niskim poziomie. Młodzi kierowcy nie uczą się bezpiecznej jazdy, a jedynie zdawania egzaminu i lokalizacji wlewu oleju w pojeździe. To sprawia, że jesteśmy najgorszym krajem w UE jeśli chodzi o stosunek zdawalności do wypadków śmiertelnych w najmłodszej grupie wiekowej.

Ostatnie zmiany dotknęły wielu z nas. Przy czym najbardziej ucierpieli kierowcy motorowerów – oni także zostali „zesłani” z gimnazjów do WORDów narażając na ogromne koszty szkolenia i egzaminu. Wcale lepiej nie mają kandydaci na kierowców innych kategorii. Zmieniono egzaminy teoretyczne i manewry na placach. Nie obyło się to bez wszechobecnego bałaganu, kompletnie niezrozumiałego dla obywateli oraz przerw w działalności poszczególnych ośrodków.

System szkolenia kierowców jest kompletnie zacofany i często nieżyciowy. Nie „wychowuje” świadomych kierowców, a jedynie drogowe fantomy wyuczone na pamięć wszystkich manewrów i tras egzaminacyjnych. Produktem tego patologicznego systemu są niedouczeni kierowcy, często niepotrafiący zachować się na drodze w codziennym życiu.

Większość nie wie, że jazda obok innego pojazdu z większą prędkością na drodze dwupasmowej to wyprzedzanie, że jadąc na zielonej strzałce może ktoś nam wybiec spod pojazdów obok, że długie nie służą do jazdy na codzień, że przeciwmgielne służą do jazdy we mgle, a nie deszczu, że łyse opony to śmierć, że ABS wyklucza hamowanie pulsacyjne, że podczas awaryjnego hamowania nie można dopuszczać do blokowania kół, że oznaczenie ON to olej napędowy (…).

Nie wiedzą, bo tego nie ma na egzaminie. Polacy uczą się rozmiarów tablic rejestracyjnych i dopuszczalnego poziomu luzu łańcucha napędowego oraz topografii 10 ulic wokół WORDu. Szkolą nas z zakazów i nakazów, nigdy nie tłumacząc z czego one wynikają. To recepta na wychowywanie często debili drogowych.

Jednocześnie w Polsce nadal nie ma podstawy programowej, która kompleksowo edukowałaby dzieci z zakresu bezpieczeństwa w ruchu drogowego w szkołach. Zniknęła wraz z kartą motorowerową. Uczniowie za to mają okazję zapoznać się z równaniami molowymi i trygonometrią. Wszyscy ministrowie edukacji i infrastruktury zapomnieli przy tym o nierozłącznej sferze życia każdego Polaka – ruchu drogowym w którym bierzemy udział niemal od początku życia. Jako piesi, rowerzyści, wreszcie kierowcy.

Wynikiem tego jest fakt, że zdecydowana większość maturzystów poznaje przepisy i znaki w wieku 18 lat na nudnych i usypiających wykładach o zakazach i nakazach w OSK. Na nich nie mówi się o wyobraźni, ani nie stwierdza się w jaki sposób mamy podróżować na codzień. Wszystko jest focusowane na egzamin.

Podobnie jest w trakcie szkolenia praktycznego. Jadąc motocyklem czy samochodem z nauczycielem przerabia się wyłącznie to co wchodzi w skład egzaminu. Jak małpę. Tu masz stop, tu równorzędne a tam kręć kierownicą aż nie miniesz innego auta lusterkiem. Oczywiście cały czas podróżuje się wcześniej ustalonymi trasami, jak w enklawie. Jednak nikt nie zabierze Ciebie choćby na drogę ekspresową czy dwujezdniową (może poza dużymi miastami). Cała ścieżka szkoleniowa jest wypaczona z samodzielnego myślenia, podejmowania decyzji i zachowania na codzień. Szkoli się ludzi na pierdoły drogowe.

Z drugiej strony w Polsce nadal bezkarnie można po prostu nie mieć prawa jazdy. Tak robi 500 000 ludzi w naszym kraju. 500 zł mandatu wręcz zachęca do tego. Ostatnio co prawda wprowadzono obligatoryjne holowanie pojazdu z miejsca kontroli, jednak to nadal mniej, niż koszt szkolenia i egzaminu.

Przeraża mnie lobby środowiska szkoleniowego i WORDów, które tak zabiegało o zmiany w egzaminowaniu. Skutecznie. Wszystko na rzecz poprawy bezpieczeństwa. NIK powiedział jasno – za poprawę sytuacji na drogach wpłynęły inwestycje z kasy unijnej. Nowe obwodnice, autostrady i ekspresówki w naturalny sposób spowodowały polepszenie statystyk. Jednak nie wśród najmłodszych kierowców.

Są trzy elementy w tym systemie, które są w stanie zmienić ilość zabitych na polskich asfaltach.

Po pierwsze należałoby w pełni przebudować system szkoleniowy i zaczynać edukację w wieku szkolnym. Wychowanie w ruchu drogowym powinno być obowiązkowym i osobnym przedmiotem w wymiarze conajmniej dwóch pełnych semestrów gimnazjum. Niestety MEN uważa, że istotniejsza jest muzyka, religia i plastyka przez kilka lat edukacji każdego dziecka. Małolat potrafi posługiwać się pastelami, zna technikę frotażu z XV wieku, ale nie wie, że powinno mieć oświetlenie w rowerze oraz dlaczego.

Druga rzecz to rozgromienie obecnego systemu szkolenia praktycznego. Koniec z trasami egzaminacyjnymi, wsadzaniem na miny oraz nauki na pamięć wszystkich manewrów. Należy zaadoptować rozwiązania z UK czy USA. Egzamin jest prosty – albo potrafisz jeździć, albo nie.

Trzeci punkt to mandaty. 100 zł za brak świateł w nocy? Brak kar finansowych za zły stan techniczny? 100 zł jazdę za kasku? 300-500 za jazdę pod prąd na autostradzie? Zlitujcie się. Już nikt się tych kwot nie boi. Gdyby nie punkty karne to już dawno mielibyśmy tutaj Indie.

Należy zliberalizować procedurę uzyskiwania uprawnień i dać młodemu kierowcy kredyt zaufania. Następnie z pełną stanowczością egzekwować kary za łamanie przepisów. To o wiele mniej skomplikowane niż ciągłe zmiany w egzaminach. Wypadki z udziałem niedoświadczonych kierowców to nie tylko wynik braku wiedzy czy doświadczenia, ale przede wszystkim brawury. Moim zdaniem rozwiązanie powinno być bardzo proste – wysokie kary finansowe. Osiemnastolatek przemyśli dwa razy swoje zamiary jeśli będzie miał do zapłacenia na przykład 1500 zł za wyprzedzanie na przejściu i 3000 za przejazd na czerwonym. Jazda bez kasku? Tysiąc i tydzień bez prawka.

Ten system jest chory i dziurawy za sprawą innej pozycji w taryfikatorze – jazda bez uprawnień – 500 zł. Już dziesiątki razy o tym pisaliśmy. To niesprawiedliwe wobec posiadających plastik, jednocześnie śmieszne i zachęcające do prowadzenia bez egzaminu. Ot taka Polska paranoja. Może to kiedyś ulegnie zmianie. Póki co na wiejskiej są rzeczy ważniejsze do załatwienia.

Jaka jest Twoja reakcja?
Super!
0%
Interesujące
0%
heh...
0%
Że co?
0%
Grrrr!
0%
Smutne
80%
24 Komentarze
1 2 3
  • Zdjęcie profilowe Wombat
    30 listopada 2015 at 17:52

    jest zasada równości wobec prawa bo nie rozgranicza czy o 50 przekroczył milioner czy obywatel poniżej średniej krajowej. Do tego jest stosunkowo dobrze ^realizowane^.
    To nie jest sztuka ustanowić prawo które będzie piękne i nawet moralnie słuszne tylko nie da się realizować.
    Poza tym jak zamierzasz przekładać to czy firma zagraniczna ma biuro w willi pod miastem albo ma wykupione piętro w apartamentowcu w stolicy na wysokość mandatów jakie płaci?
    A jeżeli nie ma a tylko wynajmuje? Wynajmuje biuro, samochody i komputery ma w leasingu… jedyne co ma to konto w banku – czasem w zagranicznym. Ile osób będzie zaangażowane w wystawienie 1 mandatu przedstawicielowi takiej firmy. Kto za to zapłaci?

  • Zdjęcie profilowe serpent
    30 listopada 2015 at 18:36

    A to pozdrów Doktora.

    Problem można rozwiązać zrzucając część (lub wręcz komplet) odpowiedzialności finansowej na właściciela samochodu, czyli w opisanym przypadku firmę męża.
    Ofc stwarza to oczywiste problemy, bo sprawiamy że inny podmiot niż autor wybryku po części odpowiada za popełnione czyny i każdy musi się porządnie zastanowić zanim powierzy komuś swój pojazd. Ewentualnie takie coś mogło by się tyczyć tylko samochodów firmowych, wykluczając samochody ciężarowe i osobówki o nieatrakcyjnym dla milionerów stosunku mocy do masy by nie penalizować firm kurierskich i spedycyjnych. W końcu dlatego każda ustawa jest pełna takich zwrotów jak „z wyjątkiem” czy „wykluczając”.
    No i firma może być zagraniczna czyli trudno ocenić jej majątek, ale ten problem nie jest nie do przeskoczenia. Bo jeśli firma prowadzi działalność na terenie PL to prawdopodobnie posiada tu jakieś aktywa które można wycenić.
    Ale możliwe że masz racje, implementacja takiego prawa w sposób skuteczny i sprawiedliwy nie była by łatwa. Tylko czy obecne prawo jest skuteczne i sprawiedliwe?

  • Zdjęcie profilowe serpent
    30 listopada 2015 at 18:53

    Kara za takie samo wykroczenie ma być równie bolesna niezależnie od tego czy jest się milionerem w testarossie czy żebrakiem na rowerze, inaczej nie jest skuteczna. I trudno mówić o równości wobec prawa gdy jednemu zabiera się połowę miesięcznego zarobku a drugiemu kieszonkowe.
    A o tym jak takie prawo ma wyglądać pozwól że przerwę dyskusje, nie jestem prawnikiem i nie jestem obyty z tym tematem. Powiem tylko że w Finlandii to istnieje, i nie jest to martwy przepis o czym świadczy kilka mandatów powyżej 50.000€ i wiele nieco mniejszych zapłaconych przez milionerów.

  • Zdjęcie profilowe Wombat
    30 listopada 2015 at 19:24

    serpent napisał:

    Kara za takie samo wykroczenie ma być równie bolesna niezależnie od tego czy jest się milionerem w testarossie czy żebrakiem na rowerze, inaczej nie jest skuteczna. I trudno mówić o równości wobec prawa gdy jednemu zabiera się połowę miesięcznego zarobku a drugiemu kieszonkowe.

    Punkty.

    A o tym jak takie prawo ma wyglądać pozwól że przerwę dyskusje, nie jestem prawnikiem i nie jestem obyty z tym tematem. Powiem tylko że w Finlandii to istnieje, i nie jest to martwy przepis o czym świadczy kilka mandatów powyżej 50.000€ i wiele nieco mniejszych zapłaconych przez milionerów.

    Tylko zainteresuje się szczegółami.
    Raz w 2004 złapali Jussi Sanoie na przekroczeniu o 40km/h i zrobili z tego pokazówkę za 170 tyś euro. Raz w 2002 kierownika z Nokii któremu zasądzili 116 tys euro ale w efekcie zapłacił 6 tys. I raz złapano Jari Baera który za przekroczenie zapłacił 112 tys euro. Niby to dużo tylko że on wtedy zarabiał 570 tys euro miesięcznie – więc mandat to była 1/5 jego miesięcznego dochodu. To tak jakby u nas 500zł zapłaciła osoba biorąca 2500 na rękę – a taki stosunek jest mandatu do pensji jest dość powszechny. A ci co biorą 1300 na reke też płacą po 500zł – wiec zaryzykował bym że to nawet bardziej dotkliwa kara niż taka z PIT-a w finlandii.
    Jednocześnie Baer zeznał że w tym samym roku sprzedał swoją firmę za 9 milionów EURO. W świecie bardzo bogatych ludzi którzy lokują swoje pieniądze w bankach nie jak Kowalski na 4% tylko mają indywidualne oferty na 17-20% rocznie – oznacza to tyle że odsetkami od kapitału po miesiącu sobie ten mandat pokrył i nawet nie zauważył.
    Wiec uważam że trudno mówić od szalonej dotkliwości kary dla milionera bo zapłaci 1/5 miesięcznego dochodu. To ogromna dotkliwość ale w świadomości gościa na etacie.
    Wiec jakby sie tak temu systemowi poprzyglądać bliżej to sie okazuje że znowu ci co mają więcej to mają go gdzieś.