Aktualnie czytasz:
Prawo jazdy: Dlaczego polscy motocykliści jeżdżą bez uprawnień?
28

„Ja jeżdżę od 6 lat bez prawka i nic się nie stało”. „Trzeba być frajerem, żeby iść na egzamin”. „Zrobię prawo jazdy A jak będzie normalny egzamin”. „Prawo jazdy jest tylko to, żeby państwo zarabiało”. „Nie mam uprawnień, ale umiem jeździć lepiej od tych, co mają”.

Znacie te cytaty? Słyszał je każdy, kto choć raz uczestniczył w dyskusji na temat jazdy bez uprawnień na motocyklu. Takie podejście prezentujemy do prawa jazdy w Polsce. To nieco kwestia naszej mentalności, która kreowała się z pokolenia na pokolenie. Jej genezą jest oczywiście także nasza historia, lata komuny i pielęgnowane do dziś patologiczne tradycje z tego okresu.

Państwo biurokratyczno-komercyjne.

W Polsce zdobycie uprawień to najbardziej zbiurokratyzowana procedura w całej Europie. W naszym kraju trudniej jest tylko o pozwolenie na broń i apostazję. Prędzej weźmiesz ślub, zarejestrujesz spalarnię toksycznych odpadów czy farmę wiatrową niż dostaniesz prawo jazdy dowolnej kategorii. To wina wspomnianych biurokratycznych tradycji, zgodnie z założeniem – im więcej wypadków, tym zdobycie uprawnień powinno być trudniejsze. Jednak jesteśmy odosobnieni w tym poglądzie na tle innych krajów Unii. Tam już dawno temu zrozumiano, że za brak bezpieczeństwa na drogach odpowiadają: mentalność (edukacja), zbyt niskie mandaty, infrastruktura drogowa, stan techniczny pojazdów, społeczne poszanowanie prawa i fukcjonariuszy oraz wychowanie komunikacyjne społeczeństwa. Patrząc na Polskę z lotu ptaka można uznać, że wszystkie te zagadnienia są skrajnie zaniedbane. Jednak przerwanie tego błędnego koła jest nie na rękę przede wszystkim środowisku egzaminacyjnemu. Im trudniej zdobyć uprawnienia, tym więcej obywatel zapłaci w kasie WORD. O ile w ogóle będzie chciał zdobyć prawo jazdy. Stąd Polacy często decydują się na „jazdę na dziko” przy aplauzie społecznym i ogólnej akceptacji.

W Polsce jazda bez prawa jazdy to synonim bohaterstwa.

Tak, bo osoby te uważają, że oszukały państwowy system. „Nie dałem się sfrajerzyć i im zarobić”. To jest częste usprawiedliwienie, które jest u nas dobrze tolerowane. Połowicznie jestem w stanie je zrozumieć ze względu na powyższe (chora strategia rządzących). Jednak nie zmienia to faktu, że jazda bez uprawnień to skrajna głupota i brak odpowiedzialności. Celowo nie wspominam tutaj o samym fakcie posiadania umiejętności jazdy motocyklem czy samochodem. Mam na myśli wyłącznie kwestie formalne. Już dziesiątki razy mówiłem o konsekwencji wynikających z de facto braku ubezpieczenia oraz braku pewnej sprawiedliwości społecznej. Po jednej stronie stoją ci, którzy poświęcili mnóstwo czasu i pieniędzy na legalne zdobycie uprawnień, a z drugiej ci, którzy od lat jeżdżą bez egzaminu. Bezkarnie.

Państwo nie egzekwuje prawa.

To strategia Policji, której priorytetem jest wyłącznie prędkość. Kiedy ostatnio zostałeś zatrzymany do rutynowej kontroli, tak po prostu, bez powodu? Ja nigdy. Szacuje się, że w Polsce prawdopodobieństwo kontaktu z drogówką wynosi 1:5 w skali roku. To zachęca do powszechnego łamania prawa, bowiem ryzyko wpadki jest niezwykle niskie. Statystyczny Janusz wychodzi z założenia, że dużo bardziej opłacalne jest jeżdżenie bez prawa jazdy. Nawet jeśli trafi się kontrola, to i tak wysokość mandatu jest śmiesznie niska jak na tę skalę wykroczenia.

Ja nigdy nie byłem w stanie zrozumieć jak za tak fundamentalne przewinienie można zaproponować w mandacie grzywnę w wysokości 300-500 zł? Jest to stawka obowiązująca od 18 lat! Dziś taka suma nie robi wrażenia nawet na najgorzej opłacalnych, niewykwalifikowanych pracownikach. Jak zmieniłoby się podejście kierowców jeżdżących na „nielegalu” gdyby ta suma wynosiła 5000 zł? Co stoi na przeszkodzie? Przecież modyfikacja taryfikatora mandatów to kwestia wydania tylko jednego rozporządzenia. Jednym, autorytarnym podpisem ministra rozwiązujemy problem 250 000 polskich kierowców, którzy codziennie jeżdżą na naszych drogach bez troski o plastik. Tylko, że te 250 000 ludzi to także wyborcy…

System szkolenia kierowców oraz ich egzaminowania należy zbudować od nowa.

Polskie rozwiązanie jest patologiczne. Drakońsko trudny i kosztowny egzamin versus śmiesznie niskie kary. Mało tego – „legalny” kierowca ma się jeszcze w przyszłości spodziewać dodatkowych utrudnień – limity prędkości dla nowicjuszy, zielony listek, kontrolne szkolenia itd. Po co temu się poświęcać, skoro można być poza systemem? Zauważcie – polski system szkolenia jest non stop łatany. Nowe egzaminy, wymagania, profile na kierowców, prawo jazdy AM dla nastolatków, bezsensowne pytania teoretyczne, placyki, sprawdzanie płynu do spryskiwaczy… I nadal jest źle. Nadal najniższa w UE zdawalność i najwięcej wypadków – czyli niska efektywność. Dlaczego nikt nie zdecyduje się na zrównanie tego wszystkiego z gruntem? Popatrzmy na system czeski, niemiecki, brytyjski… każdy inny. Ułatwmy ludziom zdobywanie uprawnień ograniczając biurokrację (i dzięki temu także koszty). Zdecydujmy się na edukację od małego, której współcześnie brak w szkołach podstawowych. Dodatkowo zróbmy jak choćby u północnych sąsiadów, którzy przyjęli strategię prostych egzaminów i wysokich mandatów za wszelkie przewinienia na drodze. Mamy nieudolny taryfikator, który w tym roku zyskał pełnoletność. Wreszcie co ze stanem technicznym pojazdów? Dlaczego ten fakt jest ignorowany w raportach o stanie bezpieczeństwa na polskich drogach? Dlaczego policja nie kontroluje tego co porusza się po naszych asfaltach? Nie przyjmuje tutaj argumentu „jeździmy złomem, bo jesteśmy biedni”. Ten tok rozumowania zmienia każdy kiedy zapytam „a co jeśli Twoje dziecko zostanie zabite dlatego, bo ktoś miał łyse opony?” Ciekawe czy też da się tę śmierć uzasadnić biedotą.

Bierność polskich władz ma swoją genezę w braku zaangażowania. To przez upolitycznienie, partykularyzm i nepotyzm. Nikomu nie zależy na rzeczywistym podniesieniu bezpieczeństwa. Targetem są pieniądze pompowane w system szkoleniowy, kasę WORD oraz kieszenie Wojewodów. Na bezpieczeństwie nie zależy także samej policji, bo jej działania są pozorne. Służby nie posiadają nawet odpowiedniego sprzętu do egzekwowania prawa. W dodatku kontroluje się wyłącznie pojazdy przekraczające prędkość. Jeśli nie masz prawa jazdy, ale jeździsz wolno to możesz czuć się „bezpiecznie”.

Jaka jest Twoja reakcja?
Super!
14%
Interesujące
64%
heh...
5%
Że co?
3%
Grrrr!
0%
Smutne
11%
28 Komentarze
1 2 3
  • Andrzej Leszno wlp
    4 października 2018 at 12:34

    Witam spoko art. dobrze, że coraz więcej osób, myśli w sposób normalny. Sam mam wszystkie kategorie prawa jazdy, oprócz A… ale spokojnie nie jeżdżę motocyklem. Powiem tak to była droga przez mękę najpierw prawko C, oczywiście wcześniej B, później kwalifikacja wstępna, absurdalnie długie kosztowne szkolenie w zasadzie nic niewnoszące ale obowiązkowe jeśli się chce jeździć zawodowo, samo prawko nie wystarcza do jazdy zawodowej, dobra dalej zrobiłem prawko D, dwa lata później. Trochę jeździłem zawodowo, mocno się sparzyłem całą branżą, następnie zachciało mi się kat E, czyli z automatu robiąc C+E , dostałem też D+E, w międzyczasie skończyły mi się uprawnienia i badania i musiałem wyłożyć znowu kasę na szkolenie i badanie, obłęd. Koszty były bardzo wysokie a merytoryka, i jakość szkoleń wątpliwa. Na WORD-ach nie zostawiam suchej nitki, przestarzała instytucja niedopasowana do współczesnych realiów, no ludzie sprawdzanie oleju na egzaminie z c+e, przecież przystępując do c+e trzeba mieć najpierw B , później C, tam też tą całą „ szopkę” ze sprawdzaniem płynów trzeba robić. Najtrudniej zmienić mentalność Polaków, niektórym wydaje się, że ruch drogowy to jakaś corrida, i mają 7 żyć jak kot. Ale w PL była komuna 44 lata dodając 6 lat wojny 50 lat niewoli. Tak, że i tak już się zmienia na plus ale potrzeba kolejnych lat zmian, żeby ten ruch drogowy ucywilizować.

  • Karczu
    4 listopada 2018 at 21:40

    Bardzo zawsze chciałem mieć motocykl. Pierwsze kroki skierowałem do szkoły jazdy bo nigdy wcześniej nie jeździłem na motocyklu. Nie ukrywam jednak, że będąc posiadaczem kat. B myślałem też nad zakupem 125 tki. Po przeczytaniu jednak wielu komentarzy o tym, że moc tych motocykli staje się szybko niewystarczająca zdecydowałem się na zrobienie prawka. Dlaczego? Przecież mogłem tak jak niektórzy kupić motocykl i jeździć bez uprawnień?! Dlatego, że po pierwsze, jeśli miałem zainwestować w moto to nie chciałbym od razu się wywalić i zniszczyć swojego sprzętu. Po drugie wyjeżdżając na ulice stajesz się normalnym uczestnikiem ruchu więc warto mieć już jakieś umiejętności nabyte od profesjonalistów i nie ryzykować od razu swojego lub czyjegoś życia lub zdrowia. Poszedłem więc na kurs, wywaliłem nie swój moto kilka razy na zwykłych, wolnych manewrach i raz na szybkim (no z gladiusem to się w ogólne nie dogadywałem więc przesiadłem się na MT-7). Przeżyłem, motocykl też, bo te szkoleniowe obudowane są z każdej strony gmolami. Będąc w Koszalinie pojeździłem sobie dodatkowo po torze pod okiem innego instruktora otrzymując szereg rad i wskazówek. Korzystając z urlopu kupiłem przy okazji kompletny strój motocyklowy. Gdy wróciłem do Warszawy wyjeździłem resztę godzin, a następnie dokupiłem 2 godziny do standardowych 20 i zdałem egzamin za pierwszym razem w Warszawie i to bez żadnego błędu. Po odebraniu prawka, tego samego dnia odebrałem motocykl od umówionego sprzedawcy. Na początek XJ6 Diversion F i już za mną ponad 100 km, teraz serwis i czekam do sezonu. Moim zdaniem jazda bez uprawnień to stwarzanie ryzyka dla siebie i dla innych. Jak jesteście tacy zaj….iści motocykliści, ale bez prawka to dlaczego nie zrobicie uprawnień? Dla Was to powinna być przecież formalność…