3 motorowery z mojego dzieciństwa, przez które nie spałem po nocach. Takie były szalone lata 90-te!

Moje motocykle marzeń z dzieciństwa. Marzyliśmy o nich wszyscy

W skrócie
  • Każdy z nas zaczynał jazdę na motocyklach w inny sposób, jednak w latach 90-tych łączyło nas jedno: swoją przygodę z motocyklami zaczynaliśmy od tego co było!
  • 3 motorowery moich marzeń lat 90-tych. Najważniejsze informacje
  • Polskie motorowery: były tragiczne, ale dla większości wspaniałe!
  • Trzy motorowery, o których marzyłem szczególnie to: Simson, Romet Ogar 200 oraz Aprilia RX 50!
  • Ten motorower był jak Ferrari wśród motorowerów!
  • Więcej o motocyklach PRL i nie tylko, przeczytasz na naszej stronie głównej, jednoslad.pl!

Każdy z nas ma jakieś marzenia. Jedni marzą o dalekich podróżach, inni o nowym domu czy mieszkaniu. Wszystkich nas za pewne łączą wspomnienia motocyklowe, w których marzyliśmy właśnie o jednośladach. Nie takich, które były spełnieniem naszych snów, a po prostu o swoich Komarach, Simsonach czy pierwszych, japońskich lub włoskich skuterach. Oto 3 motorowery, o których marzyłem szczególnie.

Ci, którzy urodzili się w latach 80 -tych z rozrzewnieniem wspominają tamte czasy. Każdy małolat, który wówczas posiadał motorower stawał się Bogiem. Właściciele Simsonów, Motorynek czy Ogarów i Aprilek nie narzekali na brak przyjaciół i sponsorów – paliwa rzecz jasna.

Kiedy po raz pierwszy kumpel przewiózł mnie na Simsonie S51 B to przez kolejne tygodnie non stop myślałem jak to będzie kiedy odłożę kasę i sobie kupię taką rakietę. Wiem doskonale, że S51 jak na dzisiejsze standardy miał niewiele mocy, bo zaledwie 3.7 KM (2T). Jednak niska masa Simsona sprawiała, że jako dzieciak z podstawówki czułem motyle w brzuchu podczas przyśpieszania. Dla mnie to był pełnoprawny motocykl, który jakbym tylko posiadał, to bym z niego nie schodził. Nawet zimą.

Zresztą co tu się rozpisywać: Simson miał i ma ponadczasowy wygląd, który jest na tyle uniwersalny, że nawet dzisiaj wygląda bardzo elegancko i założę się, że w tych dziwnych czasach, sprzęt nadal jest spełnieniem marzeń dla większości nastolatków. Tak czy inaczej legenda Simsona jest całkowicie zasłużona, a wynika ona z kilka prostych spraw: po pierwsze nie każdy mógł go mieć, a to ma wpływ na postrzeganie, poza tym jeździł z gracją i elegancją. Nie psuł się co wyjazd, był dynamiczny i naprawdę mocny. Nawet dzisiaj Simson, to po prostu dzielny motorower, który nie boi się żadnych wyzwań. Z drugiej strony ceny tych maszyn zaskakują i sprawiają, że nadal nie każdy może sobie pozwolić na legendarny motorower z DDR.

3 motorowery moich marzeń lat 90-tych. Najważniejsze informacje:

  1. Simson był jednym z najbardziej szpanerskich i wypasionych motorowerów lat 90-tych.
  2. Musimy pamiętać, że po przemianach ustrojowych motorowery i motocykle z zachodu nadal były bardzo drogie. To też spowodowało, że takie konstrukcje jak Simson czy Komar były nadal na topie.
  3. Przeciętny nastolatek mógł w latach 90-tych stać się właścicielem motorowerów takich jak: Komar, Romet Ogar, Jawka Mustang, Jawka Sport, Motorynka czy Simson.
  4. Niestety większość konstrukcji, które mogliśmy kupić za ciężko uzbierane pieniądze była bardzo awaryjna i najczęściej jeżdżenie kończyło się na pchaniu.
  5. Dzisiaj ceny motorowerów stale rosną. Zakup np. Simsona może okazać się kosztowny i w praktyce trudny.

Podejrzewam, że jakbym dostał w dzieciństwie taką maszynę jak Simson, to nie spałbym przez kilka nocy z rzędu. Do tego przez tydzień pewnie bym nic nie jadł i nie pił. Na szczęście rodzice w porę zainterweniowali kategorycznym “ok, możesz kupić, ale razem z trumną” – nie wpłynęło o na jakość mojego snu, ponieważ nadal słabo sypiałem – moja głowa była zajęta wymarzonym motorowerem.

Inni mieli takich rodziców jak nasz redakcyjny Tobiasz, któremu co prawda nie zakazywano jazdy motocyklem, ale działo się tak pewnie tylko i wyłącznie dla tego, że go nie miał. Wszelkie przez niego podejmowane próby wyciągnięcia Komarka pod dziadku z szopy były kwitowane słowami “daj sobie spokój, trzeba kupić nowy skuter, a nie zajmować się tym złomem”. Finalnie i może na szczęście Tobiasz nigdy nie posiadał umiejętności zbierania pieniędzy i w końcu zmuszony był do wyciągnięcia i naprawienia Komara. Do dzisiaj ten dzień wspomina ze szczególnym sentymentem. Od tego zaczęło się jego szaleństwo, które trwa do dzisiaj.

Polskie motorowery: były tragiczne, ale dla większości wspaniałe!

Skoro wychowałem się w okolicy, w której roiło się od młodocianych motocyklistów, to oczywiście nie mogło w tej grupie zabraknąć osoby, która swoją motocyklową karierę zaczynała od Ogara 200. Dzisiaj część z nas może uznać, że nie była to zbyt szczególna konstrukcja, a o wyglądzie tego pojazdu możemy rozmawiać w kategorii gwałtu wykonanego przez Twórców tego sprzętu na estetyce społeczeństwa. Z drugiej strony był to sprzęt, który po prostu woził nasze cztery litery. Był motocyklem terenowym, treningowym, sportowym i kaskaderskim. Ogar był wszystkim czym chciałeś, aby był.

I właśnie mój drugi przyjaciel z podstawówki miał czerwonego Rometa Ogara 200. Po czym można było poznać w mojej szkole Łukasza? Na hasło wychowawczyni “pokaż ręce” klasa zazwyczaj widziała coś takiego:

shutterstock_216741685

Nikt wtedy o nic nie musiał pytać. Co najwyżej Pan od techniki jak chciał zabłysnąć to rzucił tekst typu – “no tak podejrzewałem – zalewa go, musisz uboższą mieszankę dać”.

Konieczność codziennych napraw Ogara nikogo absolutnie nie dziwiła. Romet był wówczas świetnym sposobem na usprawiedliwienie sobie każdego spóźnienia. Jako ciekawostkę dodam Wam jeszcze, że kolega jeździł na tym motorowerze przez cały rok, nawet jak o 7 rano było -20 stopni. Ze względu na fryzurę kask trzymał przypięty do bagażnika. Mimo to żyje i cieszy się zdrowiem. Cholera, nawet zapalenia zatok ani razu nie miał! Zero w tym fabularyzowania, musicie mi uwierzyć, że tak było. To się nazywa młodość!

Teraz znowu powinniśmy wrócić do Tobiasza, który opowiadał nam kiedyś historię (znajdziecie ją też w filmie poniżej), że pewnego zimowego dnia postanowił naprawić swojego Komara 2. Była zima, a na dworze panował mróż (około 10-15 stopni na minusie). Jak się domyślacie warunki były kiepskie do prac naprawczych, ale Tobiasz tak się zatracił w próbach uruchomienia swojego “motocykla”, że spędził na dworze kilka ładnych godzin. Oczywiście skończyło się to maksymalnym wyziębieniem i odmrożeniem rąk. Oczywiście nie tak poważnym i tragicznym w skutkach, do jakiego doprowadzają himalaiście, ale przez kolejne lata, kiedy tylko na zewnątrz pojawiał się mróz, Tobiasza dłonie pękały i pokrywały się strupami. Taka była jego cena miłości do swojego Komara 2.

Powinniśmy teraz wspomnieć o brudnych dłoniach jak na obrazku powyżej, ale to chyba więcej niż jasne. Pewnego dnia nauczycielka języka polskiego, nakazała Tobiaszowi wysypać wszystko co miał w plecaku (to ciekawe, bo wspomniana nauczycielka pamięta tą sytuację do dzisiaj). Oprócz zeszytu (jednego do wszystkiego) i długopisu, z plecaka wypadło jeszcze kilka niezbędnych do życia gadżetów: świece zapłonowe, klucz do świec, przednia zębatka, uszczelniacze na wał, platynki, kondensator, papier ścierny i garść kluczy płasko oczkowych  – jak widzicie, same niezbędne przedmioty.

Początki na motorowerach. Mróz tak nie szczypał…

Z drugiej strony musimy oddać kilka spraw. Po pierwsze: mróz w tamtych czasach jakoś mniej szczypał w poliki, a odporność na odmrożenia mieliśmy jakby większą – podejrzewam, że rozgrzewały nas marzenia. Nawet pomadka do ust nie była potrzebna. Tak czy inaczej Ogar nie był zbyt szczęśliwą konstrukcją, chociaż wspomnieć musimy o dwóch, a w zasadzie trzech arcyważnych kwestiach. Po pierwsze: rzadko kiedy używaliśmy nowych i dobrej jakości części zamiennych. Po drugie: nasza ogłada mechaniczna wołała o pomstę do nieba. Wreszcie po trzecie: praktycznie zawsze jeździliśmy na 120% możliwości silnika – nie mogło się to kończyć inaczej niż awarią w trasie.

Nie mniej – Romet Ogar 200 (latem) był dla mnie absolutnym obiektem pożądania. Mimo tego, że ciągle się psuł, miało się non stop brudne ręce, a zapach pasty BHP zmieszanej z piachem zwalał mnie z nóg. Silnik generował 2 KM mocy i 20000000 punktów do lansu. Przy tym dbał o kondycję fizyczną (szczególnie kiedy umarł 30 km od domu, a akurat nie mieliśmy przy sobie tego jednego klucza).

Ferrari wśród motorowerów

Wiecie co dla mnie wówczas było Ferrari wśród motorowerów? Aprilia RX 50 (rocznik bodaj ’92) mojego przyjaciela Roberta. Dostał tego potwora za świadectwo z czerwonym paskiem. Matko bosko co to wtedy było… Ogar/Simson, a Aprilia to było jak porównywanie Poloneza z Mercedesem. Przypomnę tylko, że standardem dla komunistycznych konstrukcji 2T było 2-3 KM mocy. RX 50 miał ich po zmianie dyszy nawet 3-4 razy tyle! Absolutny szatan. Razem z Robertem śmigaliśmy tym po okolicznych bezdrożach, bo rodzice nie pozwalali jeździć po normalnych drogach. No dobra – jeździliśmy normalnie po mieście i musiałem się dokładać do paliwa, żeby zatrzeć przed Jego rodzicami ślady dalszych wypraw. No i oczywiście Robert też miał zakaz zabierania ze sobą pasażerów. Także tego…

Aprilia RX 50

Jak dziś pamiętam nasz pierwszy szlif pod jakimś lasem. Mi się nic nie stało, a kumpel skręcił kostkę. Przez dwa tygodnie musiał chodzić tak, aby rodzice nie zauważyli, że kuleje. Tego samego dnia wymyśliliśmy, że RXa położymy w garażu, zawołamy “starych” i powiemy, że te plastiki pękły na skutek złożenia się bocznej podpory. Boże jakie to było naiwne. Kolega był bardzo wierzący i na spowiedzi ksiądz kazał się do wszystkiego przyznać. Cały plan poszedł w p… Ja też dostałem opierdziel za jazdę na tym bydlaku.

Po tej akcji mogłem zapomnieć o zbieraniu na jakikolwiek własny sprzęt. Choćby Ogara. Rodzice jak tylko schodził temat na motorower robili się elektryczni jak kondensator ze zwarciem. Dlatego, aby jeździć musiałem wyskakiwać z hajsu. Albo płaciłem kumplom za wypożyczanie, albo brałem moto na zaawansowanej rezerwie, sam jechałem na stację zatankować do pełna (za swoje) i potem wracałem. 3 km samodzielnej przejażdżki kosztowało mnie cały bak!

Przeczytaj również:

Simson S51: obecnie najgorszy motocykl na początek – dlaczego?

Śmiganie i marzenia o własnym motorowerze skończyły się jak poszedłem do liceum. Wtedy, aby zyskać uznanie trzeba było mieć auto. Reszta działała analogicznie, tylko zbiorniki paliwa były większe, tak samo jak spalanie. Trzeba było się mocno nagłowić, aby bujnąć się z kimś z klasy maturalnej po mieście. Wraz z metrykalnym wkroczeniem w dorosłość jakoś człowiek przestał myśleć o jednośladach. Dopiero po 22 roku życia, przyszła mi do głowy taka myśl: kupię skuter, rodzice mi przecież nie zabronią! Szkoda, że tak późno na to wpadłem…

Wiecie co jest teraz najgorsze? Rocznie jeżdżę na około 50 różnych motocyklach, ale żaden z nich, nigdy mi nie dał tyle radości i emocji jak choćby taki psujący się Ogar w latach 90 tych. Chlip…

Obejrzyj nasz najnowszy film:

Leszek Śledziński

Emerytowany dziennikarz motoryzacyjny portalu Jednoślad.pl

Inne publikacje na ten temat:

10 opinii

  1. Łza się w oku kręci :-) Mnie jako małolata kręciły motorynki, potem kumpel narobił smaku MZ 150, ale zanim przyszło mi do łowy, że i ja bym może kiedyś mógł na dwóch kołach, to zakręciły mnie samochody i tak zostało przez 24 lata. Pierwszy skuter dopiero po czterdziestce :-) Cały czas bawi mnie to tak samo :-)))

  2. Tak, to były sprzęty! Simson zawsze pozostawał w sferze marzeń, choć ja marzyłem o Simsonie enduro :) A tak to kilka motorynek, jawa 50 właśnie i Ogar 205 z starym, dobrym silnikiem produkcji PL. Potem MZ-ki: 250 i 150, a nawet jakaś stara WSKa z hamulcem na… sznurek ;) Ale jaka frajda!

  3. Miałem 2 Jawy 5o Mustang piękne czasy. Pierwszym moim motorowerem była Wierchowina produkcji ZSRR, pamięta ktoś jeszcze jak to wyglądało?

    1. Też miałem wierchowinę na pedały,to była porażka 40kmh to jechała z górki a pod górkę to ledwo na jedynce wjeżdżała.

  4. Rozumiem sentyment autora. Sam mam to szczęście, że nawet nie muszę wspominać, bo wsiadam na swojego mopika i kontestuję “czar PRL-u”. Jeżdżę Simsonem Star SR4-2/1 z 1974 roku. Zachował się w oryginalnym stanie, bo wiele lat stał unieruchomiony wymogiem prawa jazdy ze względu na zbyt dużą prędkość jak na motorower – oryginał bez ogranicznika przywieziony z DDR (60km/h). Aktualnie wciąż na zielnych blachach motorowerowych – mimo 43 lat – śmiga swoje… A frajda jest taka sama – jak mając 12 lat, kiedy tato dozował mi przyjemność (bo był zarejestrowany na motocykl), jak i teraz grubo po pięćdziesiątce, już jako weteran. Pozdrawiam wszystkich wielbicieli oldtimer’ów.

  5. Kurde,pamiętam jak na ryby jechałem swoim Ogarem,a nad rzeką zobaczyłem gościa na Simsonku!Ten dźwięk silniczka,ładne lampy i logo na baku!Eh….

  6. w 1978 pierwszy był komar, 1967 sztywniak. Przy mojej wadze około 40 kilo latał jak szatan. Smak benzyny przelewanej wężykiem pamiętam do dzisiaj. A potem to już na maxa, jawki, romety, fumki, 2 osy, junak, simson avo, rudge 500 i pewnie kilka innych. Dzisiaj, koło sześćdziesiątki , Honda Super Cub 125. Powrót do beztroskich czasów. A w garażu simsonek.

  7. Ja miałem to szczęście mając 15 lat na piczątku lat 90tych, że posiadałem simsona enduro w kolorze butelkowej zieleni.Ta praca silnika zupełnie inna niż komara i bezawaryjnosc przez cały czas posiadania.

  8. Żaden. Ta choroba dojechała mnie dopiero teraz gdy za zakrętem majaczy z wolna 40stka.
    Obecnie latam na enduro 125cc ale po nocach zaczyna śnić się Tenera i GS.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button