Pojechałem motocyklem na stację paliw: wróciłem z pękniętą ramą i połamanymi kołami

Dzisiaj opowiem Wam historię, która do dzisiaj sprawia, że mam dreszcze na ciele

W skrócie
  • Stan dróg po zimie bywa fatalny. Podczas pierwszych wycieczek motocyklowych w sezonie należy o tym pamiętać.
  • W wyniku głupiego przejazdu przez kałużę uszkodziłem dwa koła i ramę motocykla.
  • To była świetna lekcja pokory.

Stan polskich dróg chociaż z roku na rok jest coraz lepszy, to miejscami nadal woła o pomstę do nieba – szczególnie po zimie. Drogi są brudne i bardzo dziurawe, szczególnie dobrze to widać poza głównymi arteriami. Uważajcie na siebie i swoje motocykle, bo wjechanie w dziurę może mieć najróżniejsze następstwa. W moim przypadku skończyło się to naprawdę źle. 

Kilka lat temu wybrałem się na stację paliw, aby zatankować motocykl. Prosty przejazd z domu na stację paliw. Szybkie tankowanie i powrót do garażu – nic skomplikowanego. Na stację paliw dojechałem bez większych problemów, zatankowałem. Wyjechałem spod dystrybutora i popełniłem największy motocyklowy błąd życia: ruszyłem dynamicznie ze skrzyżowania i wjechałem w kałużę. Okazało się, że kałuża była spreparowana przez wyciek z wodociągu, który wywiercił swoim ciśnieniem ogromną wyrwę w asfalcie. Sam nie wiem jak głęboka mogła być ta dziura – podejrzewam, że noga lekko schowałaby się do kolana. Jej szerokość, to pewnie pół metra. Oczywiście dziury nie było widać, ciśnienie wody również nie wybijało fontanny ponad lustro wody. Taka niespodzianka dla młodego. a przy okazji całkiem głupiutkiego WONSA.

Wpadłem w nią najpierw przodem, później tyłem – całkiem logiczne. Motocykl gwałtownie podskoczył, a następnie rzuciło nim – byłem totalnie zaskoczony. Co się stało?! To że zostałem zaskoczony, sprawiło, że nie zdążyłem zluzować manetki gazu – być może uratowało mi to skórę. Twierdzę tak dlatego, że motocyklem bardzo agresywnie rzuciło (chciało mnie obrócić) – finalnie udało mi się opanować to szarpnięcie i pojechać dalej. Mam również wrażenie, że gdybym w ostatnim momencie jakimś cudem zobaczył to dziursko, to odpuściłbym manetkę gazu. To skończyłoby się zapewne wpadnięciem przednim kołem do środka. Ja pewnie bym przeleciał przez kierownicę i poleciał w losowo wybrane miejsce – to dosyć ruchliwa trasa, więc lepiej tego nie robić. Sam nie wiem co byłoby gorsze. Finalnie sprawa zakończyła się tylko stratami materialnymi, więc uważam to za możliwie najlepsze zakończenie moich głupich decyzji.

Tak tego nie rób

Zanim przejdę do dalszej opowieści, to chciałbym zostać dla Was ANTYPRZYKŁADEM. Tato tłukł mi do głowy przez lata, abym nie wjeżdżał w kałuże, bo w wodzie mogą znajdować się najróżniejsze niespodzianki  – sam nie wiem ile razy to od niego słyszałem w okresie pierwszych miesięcy po zdaniu prawa jazdy. W związku z tym praktycznie zawsze, jakoś tak naturalnie omijałem wodne przeszkody. Tym razem, droga była cała zalana, a ja zwyczajnie zbojkotowałem “lampkę ostrzegawczą”. Młody-głupi, na szczęście szybki: dzisiaj mogę się z Wami podzielić losem “przegrywa”. Być może komuś to się przyda.

Fakty są takie, że spotkanie z dziurą nie wyhamowało mnie – pojechałem dalej, ale od razu poczułem, że schodzi mi powietrze z tylnego koła. Do domu miałem jakiś kilometr, może dwa. Postanowiłem nie zatrzymywać się, tylko jechać. Póki się dało – motocykl pływał i podskakiwał w trakcie jazdy. Do garażu  na szczęście dojechałem bez kolejnych przygód, lecz to co zobaczyłem na miejscu sprawiło, że ściemniało mi w oczach. Tylne koło była do wyrzucenia: nigdy wcześniej, ani nigdy później nie wbiłem tak mocno felgi. W przednim kole też już nie było powietrza: chociaż felga nie skrzywiła się jakoś mocno, to po prostu pękła. Do domu dojechałem na resztkach ciśnienia. Po chwili już go nie było. Jak się domyślacie, uderzenie uszkodziło również obie opony.

Jednak to co najbardziej mnie zmartwiło, to fakt, że motocykl zrobił się jakiś dziwnie niski. Na początku myślałem, że uszkodziłem tylny amortyzator lub sprężynę. Nie zastanawiałem się nad tym głębiej. Wprowadziłem motocykl do garażu, włączyłem światło i blady strach po raz kolejny padł na moją twarz. Pękł kawałek skrzyni biegów: rama pomocnicza wyrwała swoje mocowanie. Byłem załamany – silnik oraz skrzynia biegów w motocyklu BMW R 1100 GS jest elementem nośnym motocykla.

Wpadłem panikę. Tym bardziej, że za miesiąc miałem wyjechać tym motocyklem w samotną podróż do Gruzji. Myślę, że teraz większość z Was szyderczo zaczyna bić mi brawo. Bardzo dziękuję. Z drugiej strony ta lekcja pokory dała mi sporo i była niezwykle cenna, chociaż słowo “droga” byłoby tutaj bardziej adekwatne. Naprawienie tego całego bałaganu zajęło masę czasu i przede wszystkim pieniędzy. Dałem ciała po całości, ale na szczęście nic mi się nie wydarzyło.

Odsetek osób, które teraz nie będzie hejtować mojej decyzji dotyczącej przejechania przez kałużę, zwróci być może uwagę na to, że powinienem zadzwonić po policję i wystawić fakturę zarządcy drogi. Po pierwsze pojechałem od razu do domu, po drugie nie miałem świadków. Tak czy inaczej dzień później stwierdziłem, że nie zaszkodzi powalczyć o swoje. Zrobiłem zdjęcia dziury i zadzwoniłem do organu zarządzającego drogą. Wiecie co się okazało? Że droga jest w remoncie: taki ma status prawny i figa mi się należy.

Byłem głupi, młody, ale z wyraźną chęcią do nauki. Tego dnia nauczyłem się sporo: od tamtej pory zawsze zakładam wzmocnienia na skrzynie biegów do BMW R 1100 GS. Dobra, żartuję: nie przejeżdżam już na bombie po kałużach. Polecam to również i Wam.

Tobiasz Kukieła

Dziennikarz motoryzacyjny, fotograf, reportażysta. Na motocyklach jeździ od dzieciaka i cały czas odczuwa potrzebę rozwijania swoich umiejętności jeździeckich. Jest złomiarzem z powołania - zdecydowanie częściej kupuje motocykle niż je sprzedaje. Czy to jego problem?

Inne publikacje na ten temat:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button