Wielka Brytania na motocyklach: podróż eksperymentalna, której długo nie zapomnimy [dziennik pokładowy]

Podróże kształcą? Nawet nie wiesz jak bardzo

W skrócie
  • Podróż pod wieloma względami niezwykła, którą na pewno zapamiętamy na długo
  • Sprawdziliśmy typowo brytyjskie stereotypy i włożyliśmy je między bajki
  • Przyroda, ludzie, przyjazna atmosfera, tylko jedzenie nas nie powaliło (może i na szczęście)
  • Codziennie nowe przygody. Właśnie dlatego tak kochamy podróżować na motocyklach

Podróż do Wielkiej Brytanii to dla nas doświadczenie na wielu poziomach niezwykłe. Motocyklowa przygoda, jakiej z różnych powodów już dawno nie mieliśmy okazji doświadczyć i egzotyczny dla wielu motocyklistów z Polski kierunek, jakim wciąż są Wyspy Brytyjskie, to nie wszystko. Nasz wyjazd okazał się swego rodzaju eksperymentem, który, jak to często podczas naszych podróży bywa, okazał się powiązany z przygodą i szybko przejął stery wycieczki. 

Wielka Brytania nie jest dla polskich motocyklistów oczywistym kierunkiem przy wyborze kolejnych wakacyjnych destynacji. Bałkany i kraje Europy Południowo-Zachodniej – z tymi miejscami najczęściej utożsamiamy nie tylko wakacyjne kierunki podróży motocyklowych. Wszystko rozbija się chyba głównie o stereotypy, bo z czym kojarzą się Wyspy Brytyjskie? Chyba każdemu motocykliście, przede wszystkim z kapryśną pogodą, raczej niskimi, bądź umiarkowanymi temperaturami i drogami, na których ciężko o relaks za kierownicą. I właśnie dlatego postanowiliśmy sprawdzić jak jest naprawdę z tymi wyspiarskimi stereotypami. Jeśli jechać do Anglii, to najlepiej na angielskich motocyklach – to się samo przecież skleja. A skoro na Triumphach, to od razu do Hinckley, gdzie znajduje się fabryka tych motocykli i słynne muzeum. Plan wstępny urodził się wciągu paru sekund. Gdy dopięliśmy podstawowe tematy logistyczne, obwieściliśmy nasze zamiary w mediach społecznościowych. I wtedy tak naprawdę zaczęła się nasza brytyjska przygoda. Ale o tym za chwilę.

Do Anglii na angielskich motocyklach

Trochę już jeździmy po świecie i mieliśmy okazję poczuć jak to jest jeździć motocyklem w różnych zakątkach naszego globu. Nigdy jednak nie dotarliśmy na kołach motocykla na Wyspy Brytyjskie. Po części na pewno ze względu na powyższe stereotypy, po części też dlatego, że Anglia i jej kraje ościenne to wyspy, a te siłą rzeczy wymagają zwiększonej logistyki i nakładów w dotarciu do celu. Poza tym zawsze ciągnęło nas bardziej do tego co mniej cywilizowane, inne, bardziej dzikie, a przez to też bardziej ciekawe i egzotyczne. Czyli po prostu na szeroko rozumiany wschód. Europa jako taka, w mniejszym, lub większym stopniu jest do siebie podobna. Oczywiście inaczej jest w Bułgarii, a całkiem inaczej w północnej Francji, ale pewien standard życia aż tak bardzo od siebie tu nie odbiega.  Wielka Brytania pod tym względem jest całkiem europejska, zachodnia i bardzo rozwinięta. Jednak wizja jazdy do Imperium na kołach motocykli miała w sobie coś co kusiło. Coś, co sprawiało, że podchodziliśmy do projektu jak do czekającej na nas przygody, coś znowu egzotycznego.

Pomysłem, który sam przychodził na myśl było pojechać właśnie do Anglii na angielskich motocyklach. Przecież to się świetnie klei. Co więcej, możemy odwiedzić przy okazji fabrykę Triumpha, z której wywodzą się te wciąż na swój sposób nieco egzotyczne w Polsce motocykle. Mówimy w naszych materiałach z testów, że czuć w nich brytyjskie podejście do motoryzacji. Ale co to właściwie znaczy? Chcieliśmy lepiej poznać owo podejście, poczuć wyspiarską motoryzację zza kierownicy – najlepiej brytyjskiego motocykla, by po powrocie, z pełną odpowiedzialnością móc stwierdzić, czy faktycznie to owa brytyjskość, czy po prostu pewna nie do końca zdefiniowana inność.

Jak szybko się okazało, ten plan okazał się zejść na drugi… plan. A wszystko przez bardzo spontaniczną reakcję polskich motocyklistów, którzy, żyjąc w UK niejednokrotnie już ponad 10-15 lat, wciąż aktywnie czerpią wiedzę o motocyklach z polskich mediów. To właśnie te osoby, zapraszając nas do siebie w komentarzach do zapowiedzi naszej wyprawy w mediach społecznościowych, sprawiły, że zrodził się w naszych głowach nowy, znacznie ciekawszy chyba nie tylko dla nas plan. Jedziemy sprawdzić, jak to jest naprawdę z tymi Polakami w UK. Sporo się słyszy o rodakach, którzy wyjechali na Wyspy szukać nowych możliwości, lepszego życia. Osób, które czuły, że w Polsce, z różnych względów nie osiągną tego, co może czekać na nie na drugim końcu Europy. Z mediów najczęściej docierają do ogółu negatywne wiadomości. Żyjemy w czasach, gdy medialny szum napędzany jest przez łamany dekalog. Afery, tragedie, przemoc, rozboje, oszustwa – o tym się najczęściej słyszało w związku z Polakami za granicą. A jak jest naprawdę?

Zachód Europy. Przereklamowany?

Ruszamy z Polski z obsuwą. Dwa dni przed planowanym terminem wyjazdu czuję, że coś mnie zbiera. W dniu wyjazdu jestem już rozłożony. Choroba nie odpuszcza, a wizja jazdy przez Europę na motocyklu w średnich pogodowo warunkach jest tyle kiepska, co niebezpieczna. Przesuwamy więc wyjazd o kilka dni. W między czasie Tobiasz też łapie przeziębienie. Jest średnio, ale chyba idzie ku lepszemu. Startujemy więc z Bielska-Białej w strugach deszczu i przy 14 stopniach Celsjusza. Dalej przecież będzie cieplej. Chyba. Pierwszego dnia nawijamy trochę ponad 700 km i lądujemy w dzikim polu, gdzieś na wysokości niemieckiego Magdeburga. Po drodze pada i przestaje, po czym znów pada i tak w kółko. Namioty udaje nam się rozbić bez deszczu, ale już w chwilę później, chroniąc przed następną falą, dekujemy się w moim wigwamie na tzw. „podsumowaniu dnia”. Poranek okazuje się dość łaskawy. Jest chłodno, na pewno poniżej 10 stopni, ale nie pada. Niespiesznie zwijamy obóz, szybkie śniadanie „na zimno” i w drogę. Przed nami dzień spędzony na autostradach, w temperaturach 11-15 stopni i w towarzystwie okresowych deszczów. Wieczorem, już po zmroku, w strugach ulewy dojeżdżamy do Belgijskiej Antwerpii. Tu znajdujemy najtańszy w okolicy hotel, gdzie spędzamy noc. Dzień w takich warunkach nie robi na nas specjalnego wrażenia. Mamy podgrzewanej manetki, a w Tigerze Rally Explorer są nawet podgrzewane siedzenia. Dzięki porządnej odzieży z laminowaną membraną, pomimo długiej jazdy w deszczu nie przemokliśmy i najważniejsze! Nie zmarzliśmy. Wciąż przeziębieni, musimy uważać, by nie popsuć sobie całej eskapady.

Następnego dnia w końcu możemy pozwolić sobie na chwilę zwiedzania. Jest ku temu okazja, bo trasa wiedzie autostradą tuż pod znaną z urokliwego klimatu Brugią. Zajeżdżamy na krótki spacer uliczkami starego miasta. Faktycznie, nie przesadzano z egzaltacją w opisach klimatu jaki panuje wśród wąskich brukowanych uliczek, poprzecinanych licznymi kanałami. Belgijska Wenecja robi wrażenie. Nie możemy jednak spędzić tu odpowiedniej ilości czasu by wchłonąć należycie klimat tego miejsca. Nasz cel jest za znajdującym się już całkiem niedaleko kanałem La Manche. Po drodze weryfikują się nasze plany dotyczące przeprawienia się na jego drugi brzeg pociągiem jeżdżącym pod dnem morskim w tzw. Euro Tunelu. Jednak zakup biletów bez tzw. Wyprzedzenia wiąże się ze sporymi kosztami. Jeden bilet na szybką przeprawę pociągiem kosztuje więcej niż dwa na prom. Sprawa staje się więc jasna – płyniemy klasycznie, czyli statkiem z francuskiego Calais do angielskiego Dover. Całkiem przyjemny rejs kończymy zjeżdżając na wykończony faktycznie białymi klifami brzeg w promieniach zachodzącego słońca. Ciężko jednak podziwiać otaczające widoki, bo trzeba się skupić na jeździe. Nawyki na bok. Jeździmy od teraz pod prąd! Po zjeździe z autostrady, kierując się w stronę leżącego na południowym wybrzeżu Brighton, pierwszy raz podczas tego wyjazdu czujemy się jak na prawdziwej wycieczce. Drogi usiane zakrętami, egzotyczna przyroda, lokalsi gromadzący się pod pubami w miejscowościach przez które przejeżdżamy i samochody parkujące dosłownie na ulicach. Tego dnia rezerwujemy najtańszą norę w nadmorskim Eastbourne i tam spędzamy noc.

Witamy na Wyspach

Poranek dnia czwartego oznacza pierwszy dzień spędzony całkowicie w Anglii. Ogarniamy się sprawnie, odpalamy rumaki i lecimy w stronę plaży w kurorcie jakim właśnie okazuje się owe Eastbourne. Miejsce jest niemal całkowicie wyludnione. Jest już po sezonie. Egzotycznie wyglądająca stroma plaża usiana drobnymi różnokolorowymi kamieniami robi wrażenie. Chciałoby się wygodnie w nich umościć, poleżeć i tak spędzić cały dzień w akompaniamencie szelestu przesypujących się na brzegu kamieni. Zbyt dużo mamy do zobaczenia w zbyt krótkim czasie, by móc zrealizować ten kuszący plan. Wsiadamy na motocykle i obieramy kurs na okolice miasta Swindon. To tam, gdzieś na wyznaczonej stacji benzynowej, umówiliśmy się tego dnia z Maćkiem – pierwszą z osób, która zaprosiła nas do siebie. Mamy do przejechania jakieś 250 km, ale szczęśliwie włączamy w nawigacji opcję „unikaj autostrad”. Chcemy poznać jak najwięcej Anglii, a autostrady (pomijając lewostronny ruch) zawsze są takie same. Droga wiedzie wzdłuż wybrzeża, ruch jest naprawdę spory. Co miejscowość to mniejszy, lub większy korek. Jest niedziela, więc zastanawiamy się, gdzie ci wszyscy angole jadą w niedzielę. Przecież sklepy i tak w większości są zamknięte. Uwagę zwraca naprawdę imponująca ilość starych samochodów i motocykli. Większość z nich ma już zdecydowanie bliżej do setki i nie chodzi tu o prędkość. Mijamy co jakiś czas spektakularne zamki i katedry, ale nie zatrzymujemy się. Jesteśmy przecież umówieni. Sytuacja zmienia się, gdy droga prowadzi nas w pobliżu miasta Chichester, tuż obok znanego w odpowiednich kręgach toru Goodwood. Nie mamy pojęcia, że tamtędy przejeżdżamy. Widząc, że mijane pole zamieniło się w ogromy parking, błyskawicznie zarządzam zjazd, by sprawdzić co tu się dzieje. I wtedy zobaczyłem bilbord z napisem Goodwood Revival… To co działo się przez kolejne dwie godziny wybiło nam korki, zwarcie postępowało z każdą alejką parkingu przeznaczonego dla tzw. Members. Takiej ilości zabytkowych samochodów, które nierzadko były bezcennymi na skalę światową unikatami nie da się zobaczyć gdzie indziej. Spuścizna światowej motoryzacji zebrana w jednym miejscu po prostu nas pozamiatała. Było tam także sporo motocykli, ale i tak stanowiły zdecydowaną mniejszość zgromadzonych historycznych pojazdów. Aby wyobrazić sobie skalę tego wydarzenia, najlepiej wejść na Google Maps i wpisać słowo Goodwood. Na satelitarnym widoku uwieczniona jest ilość alejek zapełnionych zabytkowymi pojazdami.  Jednak trafienie (zupełnie przypadkiem!) na to wydarzenie, zobaczenie tych pojazdów oraz ludzi ubranych odpowiednio do epoki, z której pochodziły ich samochody – tego nie da się po prostu opisać. Na sam tor nie weszliśmy, bo tam trzeba było mieć na tę część imprezy bilety, ale samo połażenie po usłanym po horyzont samochodami polu, wyryło głęboką bliznę w moim motoryzacyjnym sercu.

Po wyjeździe z tego miejsca w naszych interkomach panowała cisza. Minęła pewnie godzina drogi zanim doszedłem do siebie i w pewnym stopniu przetrawiłem to, czego świadkiem byłem na polach Goodwood. W godzinach popołudniowych dojeżdżamy na miejsce spotkania. Maciek czeka już na nas i przebiera nogami, bo zaplanował dziś dla nas fajną szutrowa trasę po okolicy. W Anglii, jak się okazuje, jest pełno ogólnodostępnych dróg prowadzących na przełaj. Jest więc gdzie i to całkowicie legalnie zasmakować nawet całkowicie terenowej jazdy. Trzeba tylko wiedzieć gdzie. Ustawiamy nasze Tygrysy w tryb offroad pro i kierujemy się z jadącym na Yamasze XT 600 Maćkiem. Po dotarciu do ścieżki, Maciek puszcza nas przodem. Jedźcie, kręćcie, podziwiajcie i widzimy się przy następnym skrzyżowaniu. I tak upływa nam to piękne popołudnie. Relaksująco do końca nie jest, bo objuczone pełnymi kuframi Tigery 1200 na zdecydowanie bardziej szosowych oponach Karoo Street, wymagają ciągłego skupienia i walki z grawitacją. Zaiste dobry to trening po ponad 2 tysiącach kilometrów nawiniętych na asfaltach. Jeden z naszych tygrysów ponosi, wypada z koleiny i wciąga nogę Tobiasza pod kufer, kładąc się przy tym tak, że tylne koło unosi się w powietrzu. Sprawa wygląda całkiem poważnie, ale na całe szczęście kończy się na stłuczeniu stopy. Porządne adventure`owe buty (Forma Terra Evo) uratowały kości przed pogruchotaniem. Tygrys, lekko podrapany, może jechać dalej. Kolejny raz potwierdza się to, co już przecież wiemy. Nawet z pozoru prosta szutrowa droga, może z czasem przerodzić się wymagająca ścieżkę, a zabieranie twardych kufrów na takie zabawy to nie do końca dobry pomysł. Lekcja odrobiona, a dzień pełen motocyklowo-motoryzacyjnych wrażeń kończymy u Maćka w domu.

Ciąg dalszy pod materiałem wideo

Egzotyczne klimaty i egzotyczne motocykle

Nazajutrz w planach było dalsze zwiedzanie okolicznych szutrów (Maciek ma ich mapę w głowie, a jest tych ścieżek podobno cała masa). Z powodu kontuzji zmieniamy jednak plany, bo obtłuczona stopa potrzebuje odpoczynku. Maciek, widząc nasz entuzjazm podczas oględzin jego MZ ETZ 251, proponuje wycieczkę zastępczą. Jedziemy do Roba – kolejnego polskiego motoświra, który jest miejscowym królem MZ-ek. Rob zaprasza nas do swojej tajnej bazy, gdzie w dużych żeglugowych kontenerach znajduje się jego dobytek. Na miejscu nasze mózgi niedowierzają w przekazywany przez oczy obraz. Tyle MZ oraz innych motocyklowych wynalazków w jednym miejscu jeszcze nigdy nie widzieliśmy. Rob ma nawet Simsona Albatrosa – trójkołowy pojazd na bazie Simsona SR50, będący prawdziwym unikatem. Z resztą takich unikatów w jego kolekcji jest więcej. Jednym z arcyciekawych sprzętów, które tak naprawdę przyciągnęły nas jak magnes do jego tajnej bazy jest MZ 1000 SF. Motocykl legenda, który dodatkowo przybył do niego z Nowej Zelandii. Maszyna jest na chodzie i choć wymaga nieco kosmetyki, to technicznie jest całkowicie sprawna. Dodatkowo akcesoryjne tłumiki sprawiają, że rzędowy twin produkuje ciarki na plecach. Rob proponuje przejażdżkę tym sprzętem. To jedna z tych propozycji, której nie można odmówić. Wrażenia? Coś z pogranicza ezoteryki i metafizyki. Zwłaszcza po przesiadce z nowego Tigera 1200. Nie wiem jak Niemcy wpadli na tak szatański pomysł. Choć z drugiej strony… Ale to opowieść na inną okazję. Podczas rozmowy o motocyklach wychodzi, że z Robem spotykamy się za dwa tygodnie na zlocie MZ Klub Polska pod Wieluniem. Jaki ten świat jest mały!

Jeszcze tego samego dnia, po wcześniejszym uraczeniu naszych podniebień jednym z lokalnych sposobów na ciekawy obiad, żegnamy się z Maćkiem i ruszamy zażyć trochę krajoznawczych walorów Anglii. Kierujemy się na południe, czyli do Devon. Na szczęście udało nam się rano zatankować motocykle. Na szczęście bo jest poniedziałek. Poniedziałek, w który ogłoszone zostało święto państwowe związane z uroczystościami pogrzebowymi królowej Elżbiety II. Czujemy się trochę jak w pandemii. Ruch na drogach mocno ograniczony, a zdecydowana większość sklepów restauracji, a nawet stacji benzynowych jest zamknięta. Wydaje się, że wszyscy siedzą przed telewizorami, biorąc bierny udział w tym co właśnie dzieje się w Londynie. Dziwne i zarazem ciekawe doświadczenie. Dla Brytyjczyków, niezależnie czy sympatyzują z monarchią, czy wręcz przeciwnie, był to ważny i podniosły dzień. Tego dnia planujemy spać na dziko – gdzieś w Devon. Najlepiej gdzieś nad morzem. Niestety Anglia pod tym względem nie jest łatwym miejscem do biwakowania. Wszędzie te cholerne płoty! Każdy skrawek ziemi do kogoś należy. Jak nie żywopłot, to kamienny mur. I wszędzie bramy. Kemping co prawda jeszcze pootwierane, choć już opustoszałe. Ale my chcemy w naszym stylu – na dzikusa. Znajdujemy w końcu pole z płotem, ale bez bramki. Po oględzinach wygląda na dobrą i ustronną miejscówkę do rozbicia nocnego obozu. Tak też czynimy, a dzień żegna nas pięknym zachodem słońca.

Devon i Kornwalia – zostać na dłużej?

Nazajutrz niespiesznie (czyli w naszym stylu) zgarniamy pakunki, jemy śniadanie (jogurt z płatkami owsianymi, które zostały nam jeszcze z Niemiec) i wsiadamy na motocykle. Zrobiło się naprawdę ciepło. Rozpinam wszystkie zamki wentylacyjne w laminowanej kurtce i spodniach, zmieniam rękawice na zwykłe, przewiewne i jedziemy zwiedzać. Nasz obóz rozbiliśmy kilka kilometrów od znanej wypoczynkowej miejscowości Woolacombe. Jest tam piękna, widowiskowa i długa piaszczysta plaża, która bardziej przypomina wybrzeże Morza Śródziemnego, niż to, co kojarzy się osobą jeszcze nieobytym z brytyjskimi klimatami z wybrzeżem Morza Celtyckiego. Widoki plaż, zatok i malowniczych pejzaży towarzyszą nam przez większość dnia. Ciężko jednak podziwiać widoki zza kierownicy, gdy poruszasz się bocznymi, szerokimi na jeden samochód drogami, które usiane są ślepymi, bo przesłoniętymi przez żywopłoty zakrętami. Tu przydałaby się godna Napoleona podzielność uwagi. Takie miejsca to świetne pole do ćwiczenia refleksu, gdy zza zakrętu wypada nagle samochód. Lewostronny ruch podnosi poziom trudności, bo odruchy ciągle działają prawostronnie. Ten dzień spędzamy na zwiedzaniu i chłonięciu klimatu krainy Devon – pięknego skrawka angielskiej ziemi.

 

Późnym popołudniem docieramy do Kornwalii, czyli kolejnego regionu, który trzeba odwiedzić, by poznać Anglię w całej swej rozpiętości – a przynajmniej na tyle, na ile nasz czas na Wyspach nam na to pozwoli. Tego dnia, zachęceni wczorajszymi wyzwaniami związanymi z poszukiwaniem noclegu, postanawiamy iść za ciosem  i znów oddać się w ręce zrządzenia losu. Kierując się na południowy zachód, rozpoczęliśmy poszukiwania kolejnej miejscówki do spania. Trochę to trwało, bo każda obiecująco zapowiadająca się boczna uliczka kończyła się zamkniętą brama i tabliczką informującą o terenie prywatnym. Jak już udało się znaleźć coś bez bramy, to było to świeżo zaorane pole. Dosłownie na pół godziny przed zachodem słońca wjechaliśmy na jedno z wzniesień, gdzie tuż obok drogi sterczały ruiny średniowiecznej baszty, może spichlerza – ciężko stwierdzić laikowi co to był za przybytek. Pod resztkami murów znajdował się parking, na którym zostawiliśmy nasze tygrysy, by ocenić możliwości noclegowe obiektu. Ku naszemu zadowoleniu, stwierdziliśmy, że choć nie jesteśmy na odludziu, to będzie tu można przekimać, a i przy okazji sprawdzić czy w ruinach czasem nie straszy. Obok parkingu znajdował się pagórek, który łączył się z podstawą budowli. Tutaj rozbijamy obóz. A jeśli pogoda pozwoli to nawet darujemy sobie rozkładanie namiotów. Niebo okazało się bezchmurne, ale noc zrobiła się przez to wyjątkowo zimna. Z braku miejsca i aby zmniejszyć biwakowe ceregiele tej nocy rozstawiliśmy jeden wigwam.

Rześki poranek przywitał nas wyczekiwanym słońcem, które wyłoniło się zza pobliskiego pagórka. Pofałdowane nadmorskie tereny spowite mgłą wyglądały w tej scenerii bajkowo. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od wizyty w St. Ives – chyba najbardziej znanym w Anglii turystycznym kurorcie. Miasteczko ma swój klimat, a wybrzeże zachęca do spacerów, ale podobno w sezonie tłumy są tam większe niż w Mielnie. Z St. Ives obraliśmy azymut na koniec świata. I to dosłownie, bo najdalej wysunięty na zachód punkt brytyjskiego lądu nazywa się właśnie Land`s End. Dalej już tylko wysepki Isles of Scilly a później ocean, po którego drugiej stronie znajduje się Kanada. Tam, korzystając z ciągle słonecznej pogody zrobiliśmy sobie piknik, leżąc na ciepłych głazach i łapiąc klimat dalekomorskich wypraw w nieznane.

Przez dalszą część dnia szwendaliśmy się po Kornwalii, kierując się w stronę Plymouth. Tam umówiliśmy się z Mariuszem, Polakiem, który w mieszka w Anglii już od kilkunastu lat. Prowadzi swój biznes i oczywiście jest totalnym maniakiem motocyklowym. Z Mariuszem spotkaliśmy się pod siedzibą jego firma, gdzie trzyma swoją kolekcję jednośladów. SV, VFR, 850 RT, Vulcan, XJR, Varadero i chyba jeszcze kilka motocykli w częściach. Lubimy takich zakrętów. W jego garażu poczułem się trochę jak u siebie, choć porządek znacznie większy. Mariusz zabrał nas do siebie na chatę, gdzie czekał na nas pyszny obiad. Po pożywnej strawie wybraliśmy się do sklepu po mały „aperitif” na wieczór. I tak wycieczka do pobliskiego marketu zakończyła się dwugodzinnym zwiedzaniem Plymouth w pigułce. Później odbyły się nocne polsko-angielskie rozmowy o życiu i motocyklach. I pewnie zostalibyśmy tu dłużej, bo czuliśmy zdecydowany niedosyt miasta i okolicy, ale zbliżał się jedyny termin, jaki mieliśmy wyznaczony na tym wyjeździe. Była nim wizyta w Hinckley, a fabryce i muzeum motocykli Triumph. Po smacznym śniadaniu, któremu towarzyszyły motocyklowe polskie programy wyświetlane na ekranie… lodówki, wsiedliśmy na Tigery i pognaliśmy w kierunku Bristolu, tj. z powrotem na północ.

Po drodze nie mogliśmy nie skorzystać z okazji i nie zjechać w stronę miasta Cheddar i chyba najbardziej znanego w Anglii, niezwykle malowniczego wąwozu Cheddar Gorge. Samo miasteczko znane jest w świecie z oryginalnych serów, które dojrzewają przez rok w lokalnych jaskiniach, jakimi usiane są ściany wąwozu. Tam, po raz pierwszy podczas pobytu na Wyspach i, jak się później okazało, także po raz ostatni zjedliśmy klasykę kulinarnego gatunku, czyli fish and chips. Porcja była tak ogromna, że wsiadanie na motocykle po obiedzie nie było takie proste. Dalej pognaliśmy na północ, w kierunku Stratford upon Avon – miasta rodzinnego samego Williama Shakespeare`a, gdzie niemal wszystko nosi jego imię. Jest tam także najstarszy pub w całej okolicy. Zwie się The Garrick Inn i ponoć sam William zwykł przesiadywać w jego drewnianych, klimatycznych wnętrzach. Nie omieszkaliśmy zajrzeć do środka. Spalone w 15 wieku wnętrze jawi się jeszcze zwęglonymi elementami drewnianej konstrukcji. Podobno miejsce jest nawiedzone. Cóż, było na pewno przez nas. Całe miasteczko jest bardzo urokliwe, pełne zabytków i na pewno warto tam zajrzeć w poszukiwaniu typowo brytyjskich i przesiąkniętych historią klimatów. Tego dnia rezerwujemy hotel w graniczącej z Hinckley miejscowości Nuneaton. Trzeba przed wizytą w HQ Triumpha nieco się ogarnąć, wyspać i doprowadzić do ładu. Jednak nasz hotel, a właściwie bardziej nora – choć czysta, ma jedną za to wielką wadę. Motocykle musielibyśmy zostawić na ulicy. Lokalsi odradzają nam ten pomysł, bo jest wielce prawdopodobne, ze rano już ich nie zobaczymy. Rewidujemy więc szybko nasze plany i lądujemy w Holiday Inn. Motorki muszą być bezpieczne byśmy mogli spać spokojnie. Niestety w Anglii trzeba pilnować swego dobytku i ruchomości.

Z wizytą w domu

Nazajutrz wciągamy hotelowy „English breakfast”, którego najsłabszym składnikiem jest pseudo-kiełbasa i lecimy do oddalonego o kilka kilometrów Hinckley. W fabryce meldujemy się tuż po otwarciu strefy dostępnej dla zwiedzających i tutaj spędzamy cały dzień, podziwiając, robiąc wywiady i kręcąc dla Was materiał z Triumph Factory Visitor Experience – miejsca szczególnego nie tylko dla marki, ale dla motoryzacji brytyjskiej jako takiej. W końcu Triumph to najbardziej znana brytyjska marka motocykli w świecie, która z resztą właśnie przygotowuje się do obchodów 120-lecia założenia. To temat na odrębną publikację. Napiszę tylko tyle, że muzeum, choć nie jest przepastne, to w wyczerpujący i bardzo dobrze przygotowany pod katem zwiedzających sposób prezentuje nie tylko przebogatą historię Triumph Motorcycles, ale także proces powstawania współczesnych motocykli. Od deski kreślarskiej i konceptów, aż po gotowy produkt opuszczający linię montażowa przynależącej do obiektu fabryki. Uczta dla każdego fana motoryzacji. Mieliśmy szczęście, bo w tygodniu i o tej porze roku nie było tłumów. Można wręcz powiedzieć, że było niemal pusto. Dzięki temu udało nam się na spokojnie zarejestrować wszystko co ciekawe i wkręcić się bez pośpiechu w klimat dawnych czasów. Załapaliśmy się także, oraz dzięki sympatycznemu Dannemu z obsługi, na niepowtarzalną możliwość przymierzenia się do paru całkowicie unikalnych motocykli, jak np. Speed Triple, na którym Tom Cruise wykonywał dzikie stunty w filmie Mission Impossible II, czy wisienka na torcie – poczuć się przez chwilę jak sam Steve McQueen za sterami jego Triumpha TR6, na którym wiał z niemieckiego obozu w kultowym filmie „Wielka Ucieczka”. Sam motocykl należy obecnie do prywatnej kolekcji i wyceniany jest na bagatela półtora miliona funtów! Jeszcze nigdy tak delikatnie i ostrożnie nie przekładałem nogi nad siedzeniem jednośladu. Będąc jeszcze w muzeum, skontaktował się z nami niejaki Arek, który zaproponował gościnę oraz wspólne wycieczkę po południowej Walii. Tak się przypadkowo składało, że akurat rozpoczęcie zwiedzania Walii mieliśmy w planach na najbliższe dni.

Kolejnego dnia (sobota), wstajemy z hotelowego wyrka i ustalamy pobieżny plan dnia. Jedziemy do Walii – patrząc realnie na mapę i czas jaki pozostał nam na szwendanie się po Wyspach, wiemy już, że sporo z potencjalnych miejscówek wartych odwiedzenia jest o dużo za dużo. Z żalem, ale odpuszczamy północną Walię i Snowdonię. Ta oraz lista innych miejscówek, muszą poczekać na następną okazję. W UK jest po prostu za dużo do zobaczenia, by zobaczyć i poczuć to wszystko podczas jednego dwutygodniowego pobytu. Z reszta nie taki jest nasz główny zamysł na tę wizytę. Pisze szybko do Arka, żeby polecił nam ciekawą trasę w drodze do Newport w Walii, gdzie mieszka. Odpowiada: daj mi 5 minut i po chwili podsyła linka do map wujka googla, z wytyczoną nitką. Klikamy „prowadź” i rozpoczynamy niespieszny szturm na Walię. Początkowo Autostradą za Birmingham, potem lokalną drogą, docieramy w coraz ciekawsze widokowo tereny. Na horyzoncie zaczynają majaczyć pasma górskie. Chwilę później wyrastają z nich pokaźne wzniesienia. Droga zaczyna prowadzić stromo pod górę i jest szeroka na małego Fiata. Jak oni się tu mijają? Jeszcze tego samego dnia przekonamy się o tym kilka razy, zawracając (po awaryjnym hamowaniu) metodą tył-przód, tył-przód, by wrócić do malutkiej zatoczki i przepuścić pick-upa z przyczepą pełną owiec. Jazda po bocznych drogach w Anglii i Walii to nie temat dla nowicjuszy.

 
 

Tutaj trzeba mieć cały czas oczy wpatrzone w to co za żywopłotem, a widoczność w zakręcie jest jak w gęstej mgle – maksymalnie na kilka metrów. Wąska dróżka prowadzi nas na przepiękna połoninę – dookoła w końcu brak płotów, a trawa jest równiutko przystrzyżona przez samobieżne wełniane kosiarki. Widoki sprawiają, że robimy przerwę – nie na popas, ale na kręcenie materiałów do filmu z naszej podróży. Dalej jest jeszcze bardziej widowiskowo, bo wspinamy się na Gospel Pass, dziką, bo bez jakiejkolwiek infrastruktury, bardzo urokliwą przełęcz. Tą trasa Arek zrobił nam dzień. Nie dość, że najeździliśmy się fest, to jeszcze dotarliśmy w przepiękne miejsce, o którego istnieniu nie mieliśmy zielonego pojęcia. Dzień kończymy w Newport, gdzie nasz gospodarz czeka na nas z grupą znajomych – motocyklistów z Polski, którzy mieszkają na stałe w Anglii i Walii. Jest polskie piwo, polska kiełbasa i ognisko w ogrodzie. Jest pięknie a gościnność naszych rodaków w UK kolejny raz nas powala. Wieczorem dowiadujemy się, że na jutro jest przygotowany ambitny plan. Około 500 kilometrów po walijskich górskich drogach prowadzących przez park narodowy Brecon Beacons oraz znaną z niepowtarzalnych widoków i surowej, dzikiej aury Elan Valley. Dla podkręcenia pikanterii śpimy tej nocy w salonie u Arka i Gosi razem z Pytonem Królewskim o wymownym imieniu Bruce.

Walia – powala swym pięknem i… językiem

Niedziela to jak na nasz podróżniczy styl szybki poranek, pyszne śniadanie i zbiórka na placu przed garażem Arka. Ruszamy w 6 motocykli. Arek, Piotrek, Kuba i Grzesiek znają już te miejsca bardzo dobrze, ale chętnie towarzyszą nam tego dnia, będąc jednocześnie przewodnikami i gawędziarzami podczas postojów. Arek jeździ pierwszym Tigerem 1200 Explorer. To świetna okazja by zamienić się na chwilę motocyklami i na gorąco porównać, jak czwarta generacja Tigera bardzo różni się od pierwszej. Czuć różnicę dekady w konstrukcji, ale pierwszy duży tygrys nadal zachwyca elastycznością i dynamiką napędu. Jego trójka bez przestawionego wykorbienia to jednak zupełnie inna bajka w kwestii charakteru. Zostawmy jednak same motocykle, a powróćmy do podróży. Tego dnia kilkukrotnie przeżywamy podróżniczy dylemat. Zatrzymać się i podziwiać pejzaże, czy skupić się na czerpaniu przyjemności z wymagającej jazdy po krętych jak cygański bicz i wąskich górskich ścieżkach. Boczne kufry z dodatkowym bagażem zostawiliśmy u Arka, więc nasze tygryski jeszcze bardziej zachwycają poręcznością i precyzją. Potencjału w napędzie jest tyle, że różnica w masie w tej kwestii jest właściwie nieodczuwalna. Wracamy już po zmroku, zrobiło się chłodno, ale wciąż jest dobrze. Na liczniku dokręcone chyba nawet ponad 500 km i to głównie po różnego rodzaju winklach. To była intensywna, bardzo pozytywna i pełna motocyklowo-krajoznawczych wrażeń niedziela. Walia jest naprawdę piękna. Ciekawie się też czyta oznaczenia na znakach drogowych nie znając wymowy poszczególnych liter. Można połamać sobie język. Słuchając języka walijskiego, czujesz się trochę jak w książce fantasy. Mam wrażenie, że z węgierskiego języka można więcej “wyłapać”. To dodaje egzotyki i unikalności. Żaden z Polaków, których spotkaliśmy nie próbował nawet zawładnąć tym językiem. Jest tu traktowany jako ciekawostka, folklor. Ale stanowi mocno o odrębności Walijczyków od Korony.

Rano Arek i Gosia muszą zmykać wcześnie do pracy. Czy zatem  5 rano trafiamy na bruk? Nie, zostawiają nam klucze. Możemy więc na spokojnie ogarnąć się z wideo relacjami i przepakowaniem sprzętu. Dziś, po wczorajszych wojażach robimy nieco bardziej „lajtowy” dzień. Jedziemy zwiedzać zamki i miasteczka. To w końcu zaraz po walorach naturalnych, jedna z głównych składowych klimatu Wielkiej Brytanii. Patrząc na mapę tego typu budowli, można dostać oczopląsu. Wybieramy więc na chybił-trafił kilka znajdujących się nieopodal miejscówek i ruszamy. W planie także odwiedziny w samej stolicy Walii, czyli Cardiff. Wielka Brytania pałacykami, zameczkami i zamczyskami stoi. By zwiedzić je wszystkie, trzeba by poświęcić na to pewnie z rok i niemałą fortunę. Na szczęście część z takich obiektów jest dostępna nieodpłatnie, choć głownie są to mniejsze ruiny. Tak, czy siak, każdy tu znajdzie coś dla siebie. Tego dnia kierujemy się także w stronę Londynu, który zostawiliśmy sobie na koniec naszej inwazji na Wielką Brytanię. Czujemy już, że pora wracać do domu. Z jednej strony szkoda, bo dopiero co liznęliśmy wyspiarskiego klimatu. Z drugiej wiemy, ze czekają na nas obowiązki i nasze rodziny. Takie to właśnie są te podróżnicze rozterki.

“Nie ma takiego miasta jak Londyn…”

Sam Londyn – kto był, ten wie. Kto nie był, ten zdecydowanie powinien. Jest tam dosłownie wszystko. I przepiękne i bogate muzea, sale koncertowe, teatry, biblioteki, najbardziej znane w świecie budowle i zabytki. Pałac monarchów, najsłynniejsza wieża zegarowa w kosmosie, wieżowiec „jajko” i wielki diabelski młyn z okiem w nazwie. Są tez jedne z największych korków w Europie, w których jazda dużym motocyklem turystycznym z kuframi wymaga nieprzeciętnych umiejętności. W Anglii można motocyklem przeciskać się w korkach. Trzeba trzymać się tylko kilku zasad. Mimo tego jeżdżenie po centrum to nie lada wyzwanie. Problemem jest także to, że strach oddalić się od motocykla nawet na chwilę. Te niestety potrafią znikać w biały dzień. Parkingów strzeżonych nie znaleźliśmy, więc pozostało nam zwiedzanie z siodła. Czyli w sumie tak, jak czyniliśmy przez całe dwa tygodnie. Zajrzeliśmy oczywiście do kultowej (w sumie z trochę niewiadomego powodu) Ace Cafe London – miejscówka sama w sobie sympatyczna, ale w sumie bez szału. Udało nam się na chwilę zarzucić także żurawia do The Bike Shed. Tutaj zdecydowanie jest bardziej klimatycznie, tylko nie ma gdzie zostawić motocykla.

Nie rozsiadaliśmy się zatem. Do Londynu warto przylecieć i poruszać się lokalnymi środkami transportu. Miałem okazję tak uczynić już wcześniej. Z motocyklem jest tu po prostu kłopot. Tego dnia w końcu zaczęło padać i pogoda zrobiła się w typowo szkocką kratę. Udało nam się więc zaznać stereotypowych angielskich klimatów. Nie zmienia to faktu, że mieliśmy naprawdę świetną pogodę przez niemal całe dwa tygodnie września. W utrzymaniu komfortu jazdy na pewno pomogły dobre ciuchy, ale Anglia nie będzie nam się już kojarzyć tylko z deszczem.

W międzyczasie dociera do nas, że jeżeli nie chcemy być gołosłowni i zdążyć na zlot MZ Klub Polska pod Wieluniem, to musimy zagęszczać ruchy i grzać do domu. Anglia Anglią, podróże podróżami, ale Krzeczów pod Wieluniem? Sam rozumiesz… Z Wysp Brytyjskich zabieramy ze sobą masę wspomnień. Te oparte są nie tylko o piękne widoki, ale przede wszystkim o ludzi, których dane nam było poznać. To Oni nadali bieg naszej wycieczce i to dzięki Nim mieliśmy okazję przeżyć niezapomniany wyjazd motocyklowy. Dokładnie taki, jakiego z premedytacją nie zaplanowaliśmy. Dokładnie taki, tyle że znacznie lepszy.

 

 

Piotr Ganczarski

Z wykształcenia inżynier mechaniki i budowy maszyn. Motocykle są jego życiowym przekleństwem i chorą miłością. Buduje, przerabia i remontuje jednoślady. Zarówno te nowsze, jak i starsze. Fan motoryzacji i podróżowania na różne sposoby. Oprócz tego lubi pohasać na rowerze i przeczytać dobrą książkę.

Inne publikacje na ten temat:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button