
Marek Hoffmann, znany jako AdBuster, oraz Krzysztof Skrzypczak, czyli Łysy z Łowców, po raz kolejny udowodnili, że do wielkiej motocyklowej przygody nie potrzeba dużej pojemności silnika. Po wcześniejszej wyprawie Zontesami dookoła Polski tym razem obrali kierunek na przylądek Matapan – najdalej wysunięty na południe punkt kontynentalnej Grecji, a także Europy.
Na dwóch Zontesach GK 125 ABS pokonali blisko 6000 kilometrów w zaledwie 12 dni. Po drodze mierzyli się z kapryśną pogodą, wymagającymi górskimi trasami i zmęczeniem po wielogodzinnej jeździe. Same motocykle również przeszły niełatwy sprawdzian.
Co najbardziej zaskoczyło ich podczas podróży? Jak Zontesy poradziły sobie z tak intensywną eksploatacją i czy po powrocie nadal uważają, że 125-tka wystarczy do dalekich wypraw? O tym wszystkim opowiadają w rozmowie z nami.
Kto pierwszy rzucił pomysł, żeby tym razem pojechać aż do Grecji – i jaka była reakcja drugiego?
— Sam pomysł jest tak stary, jak pierwsza wyprawa Junakiem do Porto. Już w 2017 roku pod tym białym, otwartym kaskiem zrodził się plan na zdobycie wszystkich czterech „biegunów Europy”. Realizacja tego planu, jak widać, zajęła (i jeszcze zajmie!) sporo czasu…
Dlaczego właśnie Matapan? Co sprawiło, że to ten punkt na mapie stał się celem wyprawy?
— Matapan – bo… dalej się nie da! Każde inne miejsce nie miałoby aż tak dużego znaczenia. Byłaby to po prostu kolejna długa wycieczka. Gdy dotrzesz tam, gdzie droga się kończy, wycieczka zmienia się w zdobywanie. My nie dojechaliśmy na Matapan. My zdobyliśmy południowy biegun Europy!
Mieliście już za sobą wyprawę dookoła Polski, więc wiedzieliście, z czym wiąże się daleka podróż na 125-tkach. Co w Was wzbudzało największe obawy przed wyjazdem do Grecji?
— Polska jest naszym domem, więc nigdy nie baliśmy się spania na dziko. Nawet, jeśli nie było to do końca zgodne z przepisami. Mam tu na myśli na przykład nocleg na przystanku autobusowym, czy na stogu siana. Jeżdżąc po własnym kraju, nie istnieje bariera językowa ani kulturalna. Jesteśmy u siebie i zawsze można się jakoś dogadać. I tego właśnie obawialiśmy się w obcych krajach – że komuś możemy się nie spodobać, że ktoś będzie chciał utrudnić nam obozowanie. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło – wszędzie byliśmy swoistą ciekawostką i nasze wizyty były przyjmowane raczej ciepło, a w najgorszym przypadku neutralnie.
Na ile doświadczenia z poprzedniej wyprawy wpłynęły na przygotowania do tej? Co tym razem zrobiliście inaczej?
— Przede wszystkim zabraliśmy mniej ekwipunku! Mniej, znaczy wygodniej. Ale ten kij ma dwa końce. Kuchenka gazowa i metalowe naczynia mogłyby się tym razem przydać, choć na poprzedniej wyprawie ani razu ich nie użyliśmy. Myślę, że prawidłowo spakujemy się dopiero na następną!
Czy tym razem pakowanie poszło łatwiej? Wiedzieliście już dokładnie, co naprawdę przydaje się w trasie, a co można bez żalu zostawić w domu?
— Nasze motocykle przede wszystkim wyglądały dużo lepiej. Wszystko było popakowane schludnie i ciasno. Wszystko po to, żeby nie rzucać się w oczy. Dobrze spakowany motocyklista, to motocyklista, który wie co robi. A tak właśnie chcieliśmy wyglądać. Raczej nie przekraczaliśmy dozwolonych prędkości, ale kilka razy mijając policjantów, po prostu im salutowaliśmy… i jechaliśmy dalej.
Objazd Polski pokazał Wam już, że 125-tką można pokonywać setki kilometrów bez dłuższych przerw. Co wyprawa do Grecji zweryfikowała ponad to doświadczenie?
— Grecja pokazała Zontesy z zupełnie innej strony. W Polsce nigdy nie musieliśmy pokonywać tak trudnego terenu. A tam? Szutry, ostre kamienie, głębokie koleiny i strome jak diabli podjazdy. Nieraz byliśmy naprawdę blisko bolesnego upadku, żartowaliśmy, że tylne opony nam „twerkują”, a przekleństwa w interkomach słyszeliśmy aż nazbyt często. Podejrzewam, że na cięższym motocyklu leżałbym przynajmniej kilkanaście razy. Zontesy położyliśmy tylko dwukrotnie, a właściwie jeden położył się sam, bo… źle postawiłem go na nóżce. Drugi położył się na bardzo „trikowym” manewrze zawracania pod stromą, polną dróżkę w środku nocy.
Jak GK 125 radziły sobie podczas długich przelotów, na podjazdach i na gorszych drogach? W jakich sytuacjach najmocniej odczuwaliście ograniczenia tej pojemności?
— Najgorzej, wiadomo – na długich odcinkach ekspresówek i autostrad, gdzie trzeba walczyć z wiatrem i tirami. Na szczęście takie drogi omijaliśmy szerokimi łukami. Na tak zwanych bocznych drogach, tak czy inaczej jeździ się powoli, bo tak nakazuje rozsądek i… przepisy. Celem nie było dojechać jak najszybciej, a jak najciekawiej. I to nam się udało doskonale.
A z drugiej strony – kiedy niewielka pojemność, niska masa i gabaryty motocykla okazywały się przewagą? Czy są rzeczy, które właśnie na 125-tce przeżywa się lepiej niż na dużej, mocnej maszynie?
— Tak, właśnie przez to, że jeździ się wolniej, można doświadczać podróży mocniej. Widzisz więcej, czujesz więcej i… łatwiej jest się zatrzymać 😉 Dużo łatwiej jest też manewrować maszyną, kiedy wjedziemy w jakąś terenową pułapkę. A przewrócony motor można podnieść prawie bez wysiłku.
Ile kilometrów ostatecznie pokonaliście i jakie rzeczywiste spalanie zanotowaliście podczas wyprawy?
— Do statystyk jeszcze nie zdążyliśmy usiąść. Biorąc pod uwagę sumę przewyższeń i zjazdów, trudniejszy teren, ale też mniej bagażu, mogę założyć, że średnie spalanie wyniosło od 2.8 do 3 litrów. No i pokonaliśmy prawie 6000 kilometrów.
Jak po kilku kolejnych dniach wyglądała kwestia komfortu? Co zaczyna najbardziej doskwierać, kiedy każdego dnia spędza się wiele godzin na motocyklu?
— Głód, chłód i ból… wiadomo czego. Żywiliśmy się głównie kabanosami, serem i pieczywem. Proste białko, tłuszcz i węglowodany. Podczas dwunastu dni wyprawy, prawdziwy, ciepły, dwudaniowy obiad zjedliśmy… tylko raz. Chłód – bo pogoda była bardzo kapryśna. Raz, w południowej Bułgarii było… całe 8 stopni! A przecież to było lato! Nie byliśmy na to gotowi. Ból – bo 12 godzin w siodle przez 12 dni z rzędu, potrafi zmęczyć największego twardziela. Jeśli ktoś nie wierzy, zapraszam na kolejną wyprawę!
Standardowy test motocykla trwa zwykle kilka dni. Wy spędziliście z GK 125 bardzo intensywny czas, pokonując na dwóch 125-tkach tysiące kilometrów w stosunkowo krótkim czasie. Co po takim dystansie i intensywnej eksploatacji najbardziej zaskoczyło was w Zontesach GK na plus?
— Zaskakuje przede wszystkim ich wielozadaniowość. Można pobawić się nimi na serpentynach, można je dosłownie skatować w błocie, albo piłować do odcinki na autostradzie, przez godzinę trzymając manetkę gazu odkręconą do maksimum. Te motocykle są naprawdę cierpliwe!
A teraz bez dyplomacji: co najbardziej wam w tych motocyklach przeszkadzało? Jakie wady ujawniła dopiero tak długa podróż?
— Jest kilka projektowych niedociągnięć. Na przykład przycisk zwalniający elektryczny zamek siodła. Umieszczony dokładnie w takim miejscu na kierownicy, że notorycznie haczyłem o niego albo ręką, albo tankbagiem. W efekcie siodło otwierało się na postojach i walczyłem z jego zamykaniem, bo z tyłu miałem przecież przypięty bagaż. Gdybym miał uczestniczyć w projektowaniu nowej generacji, obróciłbym też porty USB o 45 stopni w dół. Obecnie są nachylone lekko do góry i potrafią złapać wodę, kiedy są otwarte. A musiały być otwarte, bo często jeździliśmy w deszczu, jednocześnie ładując telefony.
Jak GK 125 zniosły jazdę dzień po dniu?
— Chyba zniosły! Miały drobne kaprysy, typu: „nie chce mi się teraz odpalić, musisz spróbować za chwilę”. Albo: „wywróciłeś mnie prawie do góry nogami, więc nie powiem ci, ile masz paliwa w baku!”. Dopiero po jakimś czasie pływak zbiornika „wracał” na pozycję i już pokazywał poprawny odczyt. Koniec końców motocykle dowiozły nas na miejsce i odwiozły do domu, więc chyba im się podobało 😉
Gdybyście przed kolejną taką trasą mogli zmienić w GK 125 tylko jedną rzecz, co by to było?
— Zdecydowanie byłyby to (i będą!) grzane manetki. Nie ma nic gorszego niż marznące dłonie na długiej wyprawie. Wspaniałym dodatkiem byłoby też podgrzewane siodło. W przyszłym roku mogłoby się przydać, bo planujemy… Gruzję!
Z mediów społecznościowych wiemy już, że wyprawa postawiła przed Wami sporo wyzwań. Który moment był najtrudniejszy? Czy zdarzyła się chwila, w której naprawdę pomyśleliście: mamy dość, wracamy?
— Powrót nigdy nie był opcją. Ale kilka razy byliśmy naprawdę „dojechani”. Mam tu na myśli na przykład nocne poszukiwania miejsca pod namiot w górach w Rumunii, gdzie z każdego kąta wybiegały „gangi słodziaków” (tak nazywaliśmy sfory dzikich, agresywnych psów). Albo nocny rajd w Bułgarii, przy wspomnianych już ośmiu stopniach zimna… Rozbijanie namiotów w deszczu, albo palące upały w Grecji. Natura zdecydowanie dała nam popalić!
Który moment wspominacie najlepiej? Taki, dla którego warto było przejechać te wszystkie kilometry?
— Chyba największe wrażenie zrobiła na nas południowa Macedonia. Jechaliśmy wtedy kilka godzin spokojną, prawie pustą drogą pomiędzy dwoma majestatycznymi pasmami górskimi, a pogoda była doskonała. Wtedy doszliśmy do wniosku, że ta wyprawa nie powinna trwać 12 dni, a przynajmniej miesiąc. Te niesamowite widoki i doskonała zabawa na motocyklach, to była nasza nagroda za trudy przedzierania się przez Słowację, Węgry, Rumunię i Bułgarię.
Jak na dwóch Polaków, którzy dotarli na 125-tkach do najdalej wysuniętego na południe punktu Grecji, reagowali ludzie spotykani po drodze? Było coś, co szczególnie Was zaskoczyło?
— Mimo, że to nadal Unia Europejska, często mieliśmy wrażenie, że dla „lokalsów” jesteśmy lekko egzotyczni. Oni dla nas też tacy byli. Przejeżdżaliśmy bowiem przez naprawdę mało uczęszczane miejsca, do których rzadko kiedy zaglądają przybysze z północy. Najczęściej spotykaliśmy się z pytaniem skąd jesteśmy. Po udzieleniu odpowiedzi, mówiono do nas po niemiecku albo rosyjsku. My odpowiadaliśmy po polsku i po angielsku. Klasyczna rozmowa pojedynczymi słówkami. Ale był jeden wyjątek! W małej greckiej wsi na sklepowej półce zobaczyliśmy znajomo wyglądające mleko. Powiedzieliśmy na głos „ciekawe skąd je mają”. A na to Pani za ladą: „Jak to skąd? Z Polski!”. Okazało się, że „nasza” Pani mieszka tam od kilkunastu lat i spędza emeryturę prowadząc sklepik. To było miłe zaskoczenie!
Widzieliśmy sporą część tej wyprawy w mediach społecznościowych. Jaka historia nie trafiła jeszcze do Internetu, a zdecydowanie powinna?
— W trakcie relacjonowania naszej wyprawy, staraliśmy się pomijać jej negatywne aspekty. Sporym zaskoczeniem był dla nas… brud i potworne wręcz zaśmiecenie wielu odwiedzanych przez nas miejsc. Nie mogliśmy pojąć, jak Grecja – kraj o tak bogatej historii, kolebka cywilizacji z tak przepiękną przyrodą, może jednoczenie tak nie panować nad brudem i ogólnym nieporządkiem. Dzikie wysypiska śmieci, „wychodki” urządzone dosłownie wszędzie, ledwo trzymające się kupy, a wciąż jeżdżące samochody, walące się na głowę, a wciąż zamieszkane budynki… To był inny świat. Polska wydawała nam się wręcz Szwajcarią, w porównaniu z tym, co mieliśmy okazję tam zobaczyć. Gdy szliśmy „na stronę”, staraliśmy się zachowywać porządek i zakopywać to, co trzeba zakopać. Używaliśmy biodegradowalnych chusteczek. To wszystko wydawało się być przesadą. Raz, kiedy poszedłem w przysłowiowe krzaki, trafiłem na wybetonowaną, techniczną studnię. Na jej dnie leżały opony, góra śmieci i… szkielet kozy. Przerażające doświadczenia, ale zdecydowanie lepiej skupić się na ładnych widokach i krętych, górskich serpentynach!
Czy po dotarciu na Matapan, zaraz po radości pojawiła się myśl: świetnie, ale teraz trzeba jeszcze wrócić?
— Niestety, tak właśnie było. Tuż po dotarciu do celu, opanowało nas dziwne uczucie. Połączenie radości i smutku. Ogromna satysfakcja, ale też wizja długiego i trudnego powrotu do kraju, w którym czeka nas szarówka, nudne, równe drogi, deszcz i… montaż materiału filmowego, którego zgromadziliśmy prawie 24 godziny z czterech różnych kamer!
Która wyprawa była większym sprawdzianem dla Was i dla motocykli – wcześniejszy objazd Polski czy droga na Matapan? I dlaczego?
— Zdecydowanie Matapan, bo czekało na nas dużo więcej niewiadomych. Szczerze mówiąc, w ogóle nie wiedzieliśmy czy to się uda. Ale był tylko jeden sposób, żeby się przekonać. Po prostu pojechać!
Czy po dwóch tak dużych wyprawach jeszcze raz pokonalibyście kilka tysięcy kilometrów na 125-tce? Czy po powrocie ufacie Zontesom GK 125 bardziej niż przed startem?
— Odpowiedzią niech będzie fakt, że już planujemy wyprawę do Gruzji. To będzie czwarty i ostatni „biegun Europy”. Początkowo miała to być Rosja i Góry Ural, ale wiadomo – sytuacja polityczna niespecjalnie na to pozwala. Gruzja będzie „finałowym bossem” tych wszystkich wypraw. Przeprawa przez spalone słońcem pustynie Turcji, aż do kraju, nad którym wiszą ośnieżone pięciotysięczniki… Brzmi jak plan, prawda?

Odkryj więcej z Jednoślad.pl
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.





