
W motocyklowym świecie nie brakuje historii, które przez lata obrastają kolejnymi wersjami i w końcu zaczynają funkcjonować jak fakty. Jedną z najbardziej absurdalnych jest legenda o motocyklistach, którzy mają rzekomo przywiązywać do siebie i motocykla linkę wokół szyi, aby w razie wypadku zginąć natychmiast, zamiast ryzykować ciężkie obrażenia. Brzmi makabrycznie, ale jeszcze bardziej absurdalne jest to, że ta historia nadal krąży wśród motocyklistów i co jakiś czas wraca w internecie. Z pragmatycznego punktu widzenia jest to pomysł tak głupi, że trudno znaleźć dla niego jakiekolwiek sensowne uzasadnienie.
Czujemy się odpowiedzialni za to, aby przekazywać wam informacje o najnowszych motocyklach, relacjonować najróżniejsze imprezy, uczyć, radzić i być wsparciem w każdej sytuacji związanej z motocyklami i nie tylko. W dobie nieustannej walki o dobre imię motocyklistów mam nieodparte wrażenie, że jestem zobowiązany walczyć również z głupotą – od tej, która dotyczy nocnych przejazdów bez db-killera przez osiedla, po walkę z głupimi, obleśnymi i niemającymi nic wspólnego z prawdą mitami. Tych niestety w naszym środowisku nie brakuje.
Dzisiejsza opowieść ma różne warianty. W jednych pojawia się linka, w innych żyłka, stalowa linka czy nawet struna. Za każdym razem schemat jest ten sam – motocyklista ma celowo stworzyć rozwiązanie, które podczas wypadku doprowadzi do śmierci. Problem polega na tym, że nie ma jakichkolwiek wiarygodnych podstaw, aby traktować tę historię jako powszechne zjawisko występujące wśród motocyklistów. Nie ma żadnych sensownych danych wskazujących, że taki zwyczaj był kiedykolwiek elementem motocyklowej kultury na większą skalę. Mamy za to klasyczny przykład miejskiej legendy, która żyje własnym życiem, bo jest szokująca, łatwa do opowiedzenia i doskonale nadaje się do powtarzania przy okazji kolejnych zakrapianych spotkań.
Najważniejsze informacje:
- Czas rozprawić się z motocyklowymi mitami – na pierwszy rzut idzie „linka na szyi”.
- Większej bzdury o środowisku motocyklowym nie usłyszycie. Ta historia nie ma pokrycia, jest absurdalna i kompletnie pozbawiona sensu.
- Dzisiejszy motocyklista to świadomy motocyklista. Dba o własne bezpieczeństwo, szkoli się i podnosi swoje umiejętności.
Przeczytaj również:
Masz paski wstydu na oponie? Motocykliści od lat kłócą się o ten jeden szczegół
Z pragmatycznego punktu widzenia to kompletny absurd – motocykliści tak nie robią
Co ciekawe, mit jest na tyle mocny, że w 2014 roku trafił nawet do polskiego parlamentu. Posłowie skierowali interpelację dotyczącą rzekomego zjawiska i pytali, czy ministerstwo zamierza podejmować działania, aby je ograniczyć. Szybko okazało się jednak, że problem nie ma takiej skali, jak sugerowały krążące opowieści. Nawet pomijając fakt, że nie ma dowodów na masowe stosowanie takiego rozwiązania to wystarczy spojrzeć na sprawę z czysto praktycznej strony. Motocyklista może stracić panowanie nad maszyną w setkach różnych sytuacji. Nie zawsze mówimy o poważnym wypadku przy wysokiej prędkości, a czasami wystarczy poślizg przy zawracaniu, źle postawiona noga, mokra nawierzchnia, piach na parkingu czy chwila nieuwagi podczas wsiadania pasażerki. I właśnie tutaj cały mit zaczyna wyglądać jeszcze bardziej niedorzecznie – nawet niegroźna wywrotka może doprowadzić do bardzo poważnych konsekwencji, gdy na ciele – a w tym przypadku szyi – znajduje się element, który ogranicza możliwość swobodnej i szybkiej rozłąki z motocyklem.

Motocykl powinien być przecież jak najbardziej przewidywalny i bezpieczny w sytuacji awaryjnej. Kierowca ma mieć możliwość odseparowania się od maszyny, a nie być z nią dodatkowo związany. Z tego właśnie względu jednoślady nie mają pasów bezpieczeństwa, co jasno wskazuje, że sam pomysł jest sprzeczny z podstawową logiką bezpieczeństwa. Każde dodatkowe ograniczenie swobody ruchu motocyklisty podczas upadku zwiększa ryzyko, zamiast je zmniejszać.
Skąd więc wzięła się historia linki na szyi wśród motocyklistów?
Tutaj zaczyna się najciekawsza część. Jedna z bardziej prawdopodobnych hipotez mówi o pomieszaniu kilku rzeczy, które rzeczywiście można spotkać w świecie motocykli. Przykładem jest tak zwana zrywka, stosowana między innymi w sportach motorowych. Jej zadaniem jest przerwanie obwodu zapłonu – czyli zgaszeniu silnika – w sytuacji, gdy motocyklista odłączy się od motocykla. To rozwiązanie ma zwiększać bezpieczeństwo, ponieważ po upadku silnik nie pracuje bez kontroli. Ktoś, kto nie zna działania tego systemu, może zobaczyć linkę połączoną z motocyklistą i bardzo łatwo dopisać do niej zupełnie inną historię. Podobnie wygląda sytuacja z kamizelkami i kombinezonami z poduszkami powietrznymi. W starszych systemach stosowano fizyczne połączenie motocyklisty z motocyklem, które w chwili rozdzielenia uruchamiało mechanizm ochronny. Tu również wystarczy brak wiedzy, aby zwykłą linkę zabezpieczającą pomylić z czymś, czym nigdy nie była.
Do tego dochodzą opowieści przekazywane z ust do ust. „Kolega znał kogoś, który miał kolegę, który jeździł z linką”. Po kilku latach historia zaczyna brzmieć tak, jakby każdy motocyklista sprzed kilku dekad miał taki zwyczaj. To oczywiście nie ma nic wspólnego z prawdą.
Dziś motocykliści są zupełnie inni. Wolą trenować, szkolić się i dbać o swoje bezpieczeństwo
Największym problemem tej legendy jest to, że kompletnie nie pasuje do współczesnego świata motocykli. Dzisiejsi motocykliści coraz częściej zwracają uwagę na bezpieczeństwo i świadome doskonalenie umiejętności. Wystarczy spojrzeć na liczbę organizowanych treningów, szkoleń i wydarzeń na torach wyścigowych. Coraz więcej osób kupuje motocykle torowe, a jeszcze więcej zabiera własne motocykle drogowe na szkolenia, aby lepiej zrozumieć zachowanie maszyny, fizykę jazdy i prawidłową technikę pokonywania zakrętów. Motocykliści inwestują w nowoczesne kaski, kombinezony, ochraniacze, poduszki powietrzne i coraz bardziej zaawansowane motocykle wyposażone w ABS, kontrolę trakcji, systemy zapobiegające unoszeniu przedniego koła czy rozbudowane tryby jazdy.

Zmienia się również samo podejście do nauki, bo jazda torowa nie jest już czymś zarezerwowanym dla zawodników. Track day, szkolenia z instruktorami czy kursy doskonalenia techniki jazdy są coraz bardziej popularne i co istotne, fani dwóch kółek chcą nie tylko jeździć szybciej, ale przede wszystkim rozumieć, dlaczego motocykl zachowuje się w określony sposób.
Świadomość i trening zamiast „linki śmierci”
Bardzo dobrze widać to po rosnącej popularności motocykli przygotowanych wyłącznie do jazdy po torze. Jeszcze niedawno dla przeciętnego motocyklisty był to dość egzotyczny pomysł, a dziś coraz więcej osób ma drugi motocykl przeznaczony do treningów. Niektórzy kupują gotowe maszyny torowe, inni przygotowują swoje drogowe motocykle montując laminaty, zmieniając zawieszenie czy inwestując w lepsze hamulce i opony. To właśnie tutaj należy szukać współczesnego podejścia do motocyklowej pasji – więcej wiedzy, więcej treningu i coraz większa świadomość tego, że błędy należy eliminować na torze, a nie na drodze publicznej. Dlatego twierdzenie, że motocykliści masowo zakładają sobie linkę na szyję jest dzisiaj szczególnie absurdalne. Trudno znaleźć jakiekolwiek racjonalne uzasadnienie dla tej tezy i śmiem wręcz twierdzić, że jeżeli podobne przypadki w ogóle się zdarzają, są to pojedyncze wyjątki w skali światowej, a nie żaden element kultury motocyklistów. I to na przestrzeni dekad.

Głupota roku w motocyklowym świecie? Zdecydowanie!
Nie brakuje motocyklistów, którzy lubią opowiadać o ryzyku, granicach czy jeździe „na krawędzi”. Problem pojawia się wtedy, gdy legendy zaczynają być traktowane jak fakty, a historia o lince na szyi należy właśnie do takich opowieści – jest absurdalna i bardzo nośna, dlatego przez lata przetrwała znacznie dłużej, niż powinna. Dzisiaj motocyklista ma do dyspozycji więcej wiedzy i technologii niż kiedykolwiek wcześniej – ma systemy bezpieczeństwa, zaawansowane kombinezony i kaski, piekielnie dobrą elektronikę, szkolenia, tory i instruktorów. Może nauczyć się kontrolować motocykl zamiast udowadniać cokolwiek przypadkowym rozwiązaniem rodem z miejskiej legendy. I chyba właśnie to jest najlepsze podsumowanie całej historii. Nie ma potrzeby szukać sposobu na to, jak zginąć na motocyklu – znacznie rozsądniej jest nauczyć się, jak z niego bezpiecznie nie spaść.
Odkryj więcej z Jednoślad.pl
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.





