MotoGP 2020: Mokre Le Mans. Marquez powraca na podium!

autor
11 października 2020 19:13

Francuska runda motocyklowego Grand Prix ponownie zaskoczyła. I to nie tylko kapryśna pogodą. Nie jeden fan MotoGP przeżył dzisiaj armageddon. Dlaczego?

Nie przywykliśmy do tego, że runda GP mająca miejsce na kultowym torze Le Mans odbywa się niemal w połowie października. Ten sezon jednak jest zupełnie inny niż wszystkie dotychczasowe, a znajduje to odzwierciedlenie w jeszcze większej nieprzewidywalności scenariusza spektaklu.

Październik w północno-zachodniej Francji potrafi być niezbyt przyjazny dla wszelkich aktywności outdoorowych. Co innego jednak pójść na spacer przy deszczu i temperaturze niewiele przekraczającej 10 stopni celsjusza, a co innego gnać w takich warunkach na pełnym gazie i walczyć o tysięczne ułamki sekund. Chłodno robiło się już od samego patrzenia na ubranych jedynie w przewiewne kombinezony zawodników. Jednak cytując Johana Zarco: "this is racing, not dancing" i zawodnicy startujący w formule MotoGP muszą być twardzielami. Nie tylko ze względu na różne warunki atmosferyczne.

O ile wyścig Moto3 udało się przeprowadzić we w miarę stabilnych warunkach, o tyle królewską klasę tuż przed startem, gdy zawodnicy szykowali się do okrążenia rozgrzewkowego, napadła sroga nawałnica. Tor w momencie pokrył się wodą, a start szybko przełożono o 5 minut i zastosowano procedurę szybkiego startu. W tym czasie wszyscy zmienili opony na te przystosowane do jazdy po mokrym, a sam wyścig także otrzymał status mokrego. Oznaczało to, że możliwym było, w przypadku wystarczającej poprawy warunków, na lotna zmianę motocykla na ten wyposażony w slicki. Nie było jednak opcji by z tej możliwości skorzystać.

REKLAMA

SUZUKI TRAVEL PACK EDYCJA SPECJALNA

Skorzystaj z oferty specjalnej Suzuki Travel Pack. Kupując motocykle GSX-S1000F i V-Strom 1050XT zyskasz pakiet akcesoriów dzięki którym spełnisz swoje podróżnicze marzenia za sterami nowego Suzuki.

O tym jak wyglądał szybki start w takich warunkach dowiedzieliśmy się dopiero po wyścigu, bo akurat w jego momencie satelity przesyłające relację na żywo zrównały się podobno ze słońcem i sygnał na kilka minut zanikł. Taka sytuacja ponoć zdarza się tu dwa razy do roku. I musiało to mieć miejsce akurat dziś podczas startu królewskiej klasy! Zanim udało nam się odzyskać połączenie i opanować związane z tym nerwy, na czele jechał już Danilo Petrucci, tuż za nim Andrea Dovizioso, a trzecią lokatę pewnie trzymał Jack Miller. W stawce brakowało już jednego zawodnika. Był nim Rossi, który na trzecim winklu uśliznął tylne koło i poszedł w żwir. Doctor po raz kolejny w tym sezonie miał szczęście w nieszczęściu, bo dosłownie w ostatniej chwili zawinął swoją stopę dosłownie spod koła wyrzuconego przez zaistniałą sytuację na pobocze Joana Mira. Wyglądało to bardzo groźnie, VR46 złamał jedynie parę części w motocykle, ale przez to nie było mowy o kontynuacji jazdy. Rossi był wściekły, bo to kolejny wyścig zakończony na deskach, a jeszcze dwie rundy temu prezentował bardzo konkurencyjną formę. Do trzech Dukatów na czele po pewnym czasie dołączył Alex Rins. Jego Suzuki całkiem dobrze radziło sobie z oponami w takich warunkach i w pewnym momencie zaczął mocno kąsać trójcę z Ducati. Na jednym z winkli wydawało się że po jego ataku cały klin, łącznie z prowadzącym Petruxem pójdą w młynek. Cudem chyba tylko skończyło się na zaliczeniu pobocza przez niewierzącego w to co się dzieje Millera. Jack znany jest z talentu do wykorzystywania trudnych warunków i nie zamierzał oddać tanio skóry. Niestety z walki o pudło wyeliminowała go awaria silnika. Jego desmo wypluło chmurę białego dymu a "Thriller" był tak wściekły, że walił pięścią w motocykl i rzucał rękawicami po wejściu do boxu. Caludio Domenicali chyba jednak przymknie oko na takie zachowanie w stosunku do producenta, w którego fabrycznym teamie ma jeździć w przyszłym roku. Wina jednak leżała ewidentnie po stronie sprzętu, nie jeźdźca tym razem. Podobno sytuacja zaistniała przez wymuszenie szybkiego startu na zastępczej maszynie, ale przecież obydwa egzemplarze powinny być maksymalnie dobrze przygotowane do startu, jeśli team chce w ogóle myśleć o walce o mistrzostwo.

Jakie jeszcze niespodzianki zaserwowała woda na torze Le Mans? Alex Rins trzymający bardzo szybkie tempo mógł powalczyć nawet o najwyższa lokatę, ale uślizg przodu pozbawił go szans o walkę. Rins nie poddał się wskoczył na motocykl i wspólnie z wirażowymi ponownie go odpalił, jednak część ekwipunku służącego do podnoszenia motocykla zahaczyła się o zamocowaną na ogonie maszyny kamerę i Rins został wezwany do boxu, by nie stwarzać zagrożenia jazdą z mogącą wkręcić się w koło pętlą. Alex wyczuł że coś jest nie tak, ponownie zjechał na pobocze i własnoręcznie usunął "ciało obce". Nie był już jednak w stanie walczyć o punkty w tej rundzie. Również Franco Morbidelli po locie w żwir pozbierał się i kontynuował walkę, ale jemu z kolei urwała się kamera i dyndała na kablu. Franky po wezwaniu zjechał karnie do boxu. Wśród zawodników, którzy po glebach nie ukończyli wyścigu znaleźli się także Bradley Smith i Tito Rabat oraz bardzo szybki w ten weekend Cal Crutchlow. Szkoda najbardziej Brytyjczyka, bo to on miał naprawdę spore szansę by wykręcić dobre miejsce we francuskim Grand Prix. Potrzebuje tego tym bardziej, że w tym sezonie nie idzie mu niestety zbyt dobrze.

Nieoczekiwane warunki wyścigu pozwoliły mocno przemieszać stawkę. Niewidoczny do tej pory w suchych wyścigach Alex Marquez pokazał klasę, przebijając się z końca stawki aż do ścisłej czołówki. Marquez jechał bezbłędnie wykorzystując w mistrzowskim stylu swojego brata potencjał Hondy. Efektem było przeskoczenie wszystkich poza prowadzącym Petruccim i gdyby wyścig trwał jeszcze kilka okrążeń, to Alex miałby go na widelcu. Tuż za Alexem uplasował się jadący na KTM-ie Pol Espargaro. Jak przyczepiony leciał za Alexem aż na podium.

Wyścig, po bardzo równej jeździe od samego początku wygrał Petrux (to jego druga w karierze wygrana i kolejna na mokrej nawierzchni). Petrucci tym samym stał się siódmym ze zwycięzców w tegorocznej serii GP. Co za rok! Alex zdobył pierwsze w karierze pudło w królewskiej klasie, przerywając tym samym przerwę w braku nazwiska Marquez na wyścigowym podium. 

Warto także wspomnieć o liderze klasyfikacji Fabio Quartararo. El Diablo postawił w ten weekend na minimum ryzyka. Po wykręceniu startu z pole position pokazał, że jest w gazie, ale czysta kalkulacja nakazała mu dojechać w punktach i nie złapać kontuzji. Ciężko winić Francuza za taką postawę, bo w czołówce generalki jest obecnie bardzo wąsko, a koniec sezonu tak naprawdę już niebawem. 9. lokata pozwoliła utrzymać mu prowadzenie.

Dziś także zakończyła się seria Pucharu Świata MotoE, czyli wyścigów na motocyklach elektrycznych. Po wczorajszej wtopie lidera i zeszłorocznego mistrza Matteo Ferrari, w ostatnim wyścigu wystarczająca przewagę dowiózł Jordi Torres i to on został tegorocznym mistrzem świata elektryków.

Zaktualizowano 11 października 2020 20:00

Ostatnie doniesienia