Aktualnie czytasz:
Motorowery w latach 90: Jak to było kiedyś? Kto z Was chciałby wrócić do tamtych czasów?
7

Jestem zaskoczony odbiorem mojej wczorajszej sentymentalnej wycieczki do przeszłości. Wspominałem ówczesnych Ogarach, Simsonach a nawet Arpili. Idę za ciosem. Dziś wróćmy jeszcze raz do początku lat 90’tych. Opowiem Wam o tym jak kiedyś wyglądało życie miłośnika dwóch kółek z silnikiem.

Dla nikogo zaskoczeniem nie będzie, że na motorower dla syna musiała zbierać cała rodzina, włącznie z wujkiem z Niemiec i USA. Zaraz po upadku PRLu większości ludzi żyło się bardzo ciężko. Transformacja gospodarcza, galopująca inflacja, ogromny wzrost przestępczości… To były uroki początków lat 90-tych. Nawet jeśli w domu były pieniądze to lepiej było tym nie emanować.

Stąd tylko nieliczni dostawali od rodziców na komunię czy za wyniki w nauce motorower. Najczęściej były to używane jednoślady polskiej produkcji – motorynka Pony, Ogar albo Komar. Szczytem marzeń był tak bardzo nieprzystępny finansowo Simson S51. Zdecydowanie lepiej było go trzymać w mieszkaniu, albo domu. Z piwnic i szop jednoślady i pierwsze rowery górskie znikały jak współcześnie Mazdy 6 w Warszawie. Jedna na dziesięć była kradziona.

Nie pamiętam dokładnie ile wówczas dokładnie kosztował litr benzyny na stacji CPN, ale z całą pewnością z przodu widniała jedynka (po denominacji do PLN). Generalnie mając nową piątkę w kieszeni można było śmigać przez cały dzień i to w dwie osoby. Oczywiście wówczas pięć złotych przedstawiało zupełnie inną wartość niż dziś. Wyszarpanie od rodziców takiego żetonu nie było sprawą prostą.

 
Czytaj
REKLAMA

Prezenty od Junaka

Kup dowolny jednoślad marki Junak, a otrzymasz kask z blendą Junak oraz 5L oleju Platinum Rider.

Podam Wam prosty przykład – w 1995 albo 96 roku jadąc na dwutygodniową zieloną szkołę dostałem od rodziców niebieski nominał 50 zł. Uwierzycie, że w zupełności wystarczało to na 14 dni kupowania pamiątek, oranżady, chrupek orzechowych, Coca Coli czy najnowszej kasety Smerfne Hity?

Stąd też mam wrażenie, że ówczesna cena paliwa była niemal w pełni relatywna do siły nabywczej ówczesnych złotówek. Dlatego paliwo uważam, że wówczas paliwo tak naprawdę nie było tanie. Wielu nie jeździło dwusuwowymi motorowerami tyle, ile by chciało właśnie ze względu na powszechny „brak kasy od rodziców”. Zaplanowanie na Ogarze 50 kilometrowej wyprawy we dwójkę wymagało wcześniejszego poszukiwania inwestora, albo wręcz sponsorów strategicznych (babcia, wujek). Kasę po prostu się żebrało. „Babciu, czy mogę dzisiaj prosić o 5 zł z tytułu urodzin, które mam za 2 miesiące?”

Do kosztów eksploatacji polskiego motoroweru z PRL dochodziło jeszcze mnóstwo innych elementów. Pomijam rzeczy oczywiste, takie jak olej, którego podaż drastycznie wzrastała wraz ze zmniejszającą się ilością kasy na benzynę. Im bardziej Komar czy motorynka kopciła, tym coraz bardziej oczywistym było, że właściciel jest spłukany i rozrabia mieszankę 1 do 2.

Dawne polskie maszyny wymagały także wzmożonej troski. Te sprzęty absolutnie cały czas się psuły. Padało wszystko, czasem na raz. Przejechanie 100 km bez awarii mogło się wydawać fenomenem. Uwierzcie mi, że pierwsze chińskie skutery sprzed dwóch dekad były mało awaryjne w porównaniu z PRLowskimi cudami techniki. Każda wyprawa wiązała się z koniecznością zabrania ze sobą wielu części i kompletu narzędzi. Na to wszystko trzeba było mieć niestety pieniądze i dobre relacje z lokalnym sklepem rowerowym czy GSem. Czasem za frajer dostawało się wentyl albo naklejkę OGAR. Najśmieszniejsze było to, że na początku lat 90 tych nadal był problem z niektórymi częściami. Nikogo nie dziwiło zatem, że po spinkę do łańcucha trzeba było jechać na drugi koniec województwa. Nie było przecież Allegro i telefonu w każdym sklepie. Dlatego ja często ze swoimi znajomymi wsiadaliśmy na rowery w poszukiwaniu fajki świecy, linki gazu albo zębatki tylnej. Tak od sklepu do sklepu, na co traciliśmy często pół dnia. Druga część doby to była wymiana podzespołu/podzespołów. Często jadąc się próbnie „karnąć” padało jeszcze co innego. Tak zataczało się koło.

Jak dziś pamiętam wyprawę z kumplem jego Ogarem 200 nad jezioro. Odległość wówczas wydawała się astronomiczna – 35 kilometrów w jedną stronę. Po przejechaniu 15 odkręcił się nam wydech. Każdy chyba wie jakie pole rażenia ma silnik 2T kompletnie pozbawiony tłumika. Podejrzewam, że w promieniu 20 kilometrów spłoszyliśmy całą zwierzynę, a lokalni wędkarze nic już nie złowili. Czy w związku z tak poważną awarią zawróciliśmy? Oczywiście, że nie. Pamiętam tylko, że po powrocie do domu nie mogłem zasnąć. Tak mi dzwoniło w uszach. Oczywiście staraliśmy się na szybko sprzęt naprawiać, ale było to trudne w sytuacji kiedy pogubiliśmy wszystkie śruby. Jak się domyślacie drut na niewiele się zdał. Z resztą wiele elementów już było „łapanych” na drut i plastelinę.

Normą była też jazda bez kasku. Dziś jest to względnie rzadki widok, zwłaszcza w mieście. Pamiętam jak byliśmy rozdygotani jeżdżąc bez hełmów. „Ty, skręcaj w las, to chyba policja!” Niebiescy jednak w latach 90-tych byli bardziej wyrozumiali niż dziś. Oczywiście zatrzymywano gówniarzy takich jak my. Wówczas wyjścia były dwa. Albo policjant powiedział „spier…cie bocznymi prosto do domu!”, albo spuszczali powietrze.

W przypadku mojego kumpla Łukasza – lokalnej ogarowej gwiazdy na nic się to zdawało. Miał w plecaku małą samochodową pompkę, którą po przejściu 500 metrów od patrolu uzupełniał to czego brakowało. Potem drogówka się wycwaniła i kazała wykręcać wentyle. „Jutro przyjedziesz po nie pieszo na komisariat” – kwitował mundurowy. Jednak nigdy nie dostaliśmy mandatu.

Oczywiście dziś wiem, że jazda w klapkach, krótkich spodenkach i gołym łbem była głupotą, jednak ja miałem wtedy 12-13 lat maksymalnie. Nie mogłem rodziców prosić o kupienie kasku, bo nawet nie wiedzieli, że z kimś śmigam na motorowerze. Takie to były czasy i za tym się tęskni.

Jednocześnie współczuję młodszym pokoleniom wychowanym już w erze „cyfrowej”. Piękne w latach 90 było to, że nie było powszechnie dostępnego Internetu i smartfonów. Przez to każde wakacje wiązały się z przebywaniem na zewnątrz przez większość doby. Najlepszymi rozrywkami było jeżdżenie na motorynce, rowerze, granie w piłkę, słuchanie przegrywanych milion razy kaset, radia czy czytanie Bravo Sport.

Kto z Was chciałby mieć taki wehikuł czasu, cofnąć się do tamtych lat choćby na jeden dzień?

Jaka jest Twoja reakcja?
Super!
85%
Interesujące
8%
heh...
0%
Że co?
0%
Grrrr!
0%
Smutne
8%
7 Komentarze
  • Zdjęcie profilowe Michalk001
    22 września 2016 at 16:38

    To były super czasy – motorynkami śmigaliśmy po lasach, a kiedy zobaczyłem nową Stellę z silnikiem Jawa 225 z prawdziwą automatyczną skrzynią 2 biegową to po prostu był kosmos. Śniła mi się po nocach. Ale z tą awaryjnością nie było aż tak żle. Zrobiłem kilka tras na produktach Rometa – np. 135km z Łodzi do Warszawy czy 163km z Białogardu do Wyrzyska Rometem 50 T-1 z silnikiem 019 i pokonałem te trasy bez awarii pomimo że sprzęty były dopiero kupione. Może po prostu był to fart a może nie były jeszcze w tak złym stanie.

  • Zdjęcie profilowe anonim
    22 września 2016 at 17:09

    Mnie to prawie w caości ominęło, mało kto z kumpli miał jakiegoś sprzęta, nie było gdzie trzymać, więc w 91 by skok wprost do samochodu. A że był to UAZ469 chlający 12-15 l/100 km zielonego paliwa (bo tańszej, niebieskiej, już nie było), to przygody samochodowe były porównywalne z motorowerowymi. Gdzie by człowiek nie pojechał, zawsze mu coś odpadło i trzeba było łatać, kleić, drutować 🙂 Łza się w oku kręci, ale wracac do tych czasów bym nie chciał… Faktycznie byla to szkoła radzenia sobie, której współczesnym małolatom w większości brakuje.

  • Greg92PL
    22 września 2016 at 18:18

    Pamiętam,jak kolega wyciągnął z blaszaka motorynkę. I od tego się zaczęło. Naprawy,pchanie do domu,modlenie się o dobrze wyregulowany zapłon. Ale jak już zapaliła…. Kiepskie światła,brak hamulców i prawie zerowa moc silnika łącznie z zaplutymi olejem plecami.. To był mój raj na ziemi:)
    Dopiero po gimnazjum kupiłem sobie Ogara 200. Zaczęły się naprawy,patenty i dorabianie gdzie się da aby tylko mieć na olej i na paliwo. Po kompletnym remoncie stał się bezawaryjny. Zrobienie ponad 50 km w jeden dzień nie było niczym trudnym,jednak to zupełnie co innego zrobić remont pod koniec lat 90 a co innego w czasach PRLu…
    Mijały lata,kolega oddał motorynkę,dorobił się japońskiej szlifierki. A u mnie w garażu nadal czuć nostalgie bijącą od Jawy 350 TS,którą od podstaw wyremontowałem. Nic tak pięknie nie pachnie jak opary paliwa z olejem wydobywające się z rozgrzewającego się silnika. Żadna Japonia nie dała mi tyle frajdy co dudnienie rzędowym twimem po starówce w mieście pomiędzy blokami.
    Pojawienie się nad morzem w wakacje Jawą wywołuje więcej zamieszania niż nowiutkie Ducati z salonu. Ludzie tęsknią za tymi motocyklami. Co najlepsze – każdy z kasą może mieć Ducati. Tylko pasjonat z wiedzą mechaniczną może na co dzień jeździć Jawą bezawaryjnie:

  • Carrington
    22 września 2016 at 18:25

    Mam WSKę i jestem z tego dumny, mimo że mam 17 lat 🙂

  • Zdjęcie profilowe anonim
    anonim
    22 września 2016 at 18:28

    Ewolucja WSKi i wueskopodobnych sprzętów jest zadziwiająca. Najpierw były nieosiągalnym marzeniem, potem luksusem dla nielicznych, żeby po jakimś czasie stać się synonimem obciachu. A teraz wracają w pięknym stylu :-)))

  • Quake96
    23 września 2016 at 12:23

    Artykuł w sumie ciekawy i fajnie „zobaczyć” te motorowery z perspektywy tamtych lat. Jednak dzisiaj co do pewnej części zgodzić się nie mogę. Może i wtedy w tych tworach padało co chwila co innego, ale wynikało to raczej głównie z niedbalstwa przy eksploatacji (no bo czym by się przejmował taki 12-13 latek skoro jeździ?) i jakości części zamiennych. Dzisiaj mimo iż powszechnie dostępne są zamienniki z chin, to okazują się one nie tak złej jakości jak można się spodziewać. I tak jak autor mógł opowiedzieć jak wyglądała eksploatacja Rometa w latach 90tych tak ja śmiało mogę powiedzieć jak wygląda dziś, szczególnie, że Ogarem jeżdżę od ponad 3 i pół roku i znam każdy jego problem od podszewki. Dziś jeśli zadba się o ten motorower dostatecznie (najlepiej rozebrać go co do śrubki i złożyć od nowa uwzględniając wymianę tego co trzeba) to może być naprawdę nie bardziej awaryjnym sprzętem od tanich marketowych skuterków, a ma on jednak nieporównywalnie lepszy wygląd, czy styl. Dalsze wyprawy też wcale nie bywają takie straszne 🙂 Polecam spróbować swojej przygody z takim wynalazkiem, bo nie dość, że uczy to daje przyjemność i satysfakcję.